Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 maja 2022

389

 Wszedłem przypadkiem, postanowiłem coś napisać...


Coś dobrego: mieszkam na swoim, jak to pisałem w jednym z poprzednich postów. Właścicielka po ponad  roku zabrała swoje graty z mieszkania więc mogę urządzać po swojemu. Ale powolutku, raty rosną, więc pasa człowiek musi zaciskać. 


Coś dobrego 2: chciałem kotka. I mam kotka. Rudzielca. Wziąłem go jak miał 1,5 miesiąca, więc praktycznie wychowałem. Teraz jest już nieco ponad rocznym kocurkiem. Mój mały dzikusek, przed obcymi się chowa (ale po paru minutach ciekawość bierze górę ;)) ale mizianie o 5 rano jest miłe (i obowiązkowe).


Irytuje mnie, gdy ludzie pytają "A jak tam sprawy sercowe?". Powiedziałbym, że chujowo ale z tego chuja to bym się ucieszył. Były epizody, nadzieja na coś trwalszego, ale oczywiście przyciągnąłem kolesi z problemami. I nie mówcie, że sobie wmawiam.

Teraz? Teraz mam kryzys wieku średniego i uganiam się tylko za 20 letnimi dupami. No dobra za 22 letnią. Poznaliśmy się w pracy, gdyby nie to, w życiu bym się z nim nie umówił. Gdy mu podziękowano napisałem, od słowa do słowa, spotkaliśmy się raz, drugi, trzeci w końcu u mnie. Całowanie było na 4 tej randce (po 6tej wyszło szydło z worka, dlaczego jeszcze do łóżka nie poszliśmy). 

Jakieś 3 tygodnie temu powiedziałbym nawet, że mam chłopaka ale chyba jednak nie. Ma swoje priorytety. Ja do nich najwyraźniej nie należę. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie powie wprost "pozostańmy na stopie koleżeńskiej". Nie będę zrzędzić, parcia jakoś nie mam, zobaczę co czas przyniesie.


Ze złych rzeczy - w pandemii wyszła mi borelioza. Teoretycznie jestem z niej 'wyczyszczony' (terapia generatorem plazmowym - medycyna naturalna. Mniejsza o większość, po 2 sesjach poczułem znaczną poprawę - zniknęły stany depresyjne, znowu miałem siłę, żeby rano wstać z łóżka). Jedynie nogi od kolan w dół bolą, kiepsko sypiam i jestem zmęczony. Jak uzbieram kasę, to będę szukał pomocy.


Daję radę. Powolutku. 

Do przodu.

piątek, 18 października 2019

385

Stało się. Przyszedł czas na zmiany. Rzadko się na nie decyduję ale jak już to lecę hardkorowo.

Etap Warszawy za mną. Po roku ciśnięcia kożelanki szefowej, przekonała Prezesa, żeby kogoś zatrudnił na stałe. Jak tylko zadzwoniła powiedzieć, że jest zgoda złożyłem wypowiedzenie.

4 października opuściłem Warszawę.

- Ale tak za 6 m-cy to odpoczniesz już? - pyta szefowa
- Chyba cię pogięło. Rok to minimum.

Z Wawy do domu już nie wróciłem. Tzn wróciłem, ale do nowego. Wyprowadziłem się od mamusi.
Mała awantura była (głównie chodzi o fakt, że płacę za wynajem obcemu i w ogóle to po co, tak ci źle tutaj?), ale jakoś się pogodziła. 
Pralki nie mam, więc i tak jeżdżę, żeby miała co robić... 
I przy okazji zabrać słoiki ;)

Poza tym czuję się zajebiście. Dopiero zdałem sobie sprawę, jak mnie te wyjazdy do Wawy obciążały psychicznie.

Trochę szkoda, że z paroma osobami nie będę miał się okazji już spotkać tak często jakbym chciał. Ale ogólnie to mi nie szkoda. Więcej złych wspomnień, więcej rozczarowań. Trzeba iść na przód.

A za rok? Kto wie, co będzie za rok...

Tylko kotka do szczęścia brak ;)

piątek, 15 marca 2019

383

Z cyklu (nie)boskie dylematy:


Dworzec Wschodni, czekam na pociąg do Gliwic, odjazd godz. 16.14. 
Na tablicy wyświetlane są pociągi, zbliża się godzina odjazdu, mojego ni chu chu. Sprawdzam bilet - jak byk godz 16.14. Patrzę na rozkład, czytam, szukam, nie ma mojego pociągu. Wchodzę na rozkład internetowy, a tam odjazd godz. 15.54. 
Wkurwiony idę do informacji, łysina trochę mi zarosła szczeciną, więc włos zjeżony, mord w oczach, mówię pani, że na bilecie odjazd 16.14 a okazuje się, że pociąg odjechał o 15.54. 

Pani sprawdza bilet i mówi:

- Bo bilet jest ze stacji Warszawa Centralna a nie Wschodnia....



Dobrze, że mam gdzie spać.


Kurtyna.

czwartek, 5 kwietnia 2018

380

Spodobał mi się w zasadzie od pierwszego wejrzenia. Przystojny i sympatyczny. Do tego miał to coś, co mogłoby sugerować, że jest od 'nas'.
Tym bardziej, że chłopak na recepcji w firmie to raczej rzadki przypadek (przynajmniej ja się nie spotkałem, oprócz hoteli).

I jak ten idiota zagadywałem, rzucałem żartami. W pewnym momencie zacząłem kombinować, może na kawę zaprosić, a może wręczyć mu pamiątkę z Gdańska...

Tylko jak już zbierałem w sobie odwagę, to się okazywało, że coś jest nie tak - a to na recepcji co chwilę ktoś się kręci, a to z rana, gdy jeszcze ruch mały przychodzi druga recepcjonistka (jakież to było rozczarowanie, gdy zobaczyłem, ją a nie Jego - jak się okazało - wymieniają się, raz jedno na 8 przyjdzie raz drugie).

A dzisiaj wparował akurat do sali, gdzie miałem szkolenie (już sam byłem). Zagadałem o święta, zapytałem ile zajęcy złapał (żadnego ;)).
No ale kawy nie zaproponowałem.

W końcu przed 9 nim kolejne szkolenie miałem zacząć, pod pretekstem pieczątek i odbioru listów, w pewnym momencie wypaliłem:
- Nie obrazisz się jak Ci zadam pytanie?
- Nie ...
- Gdybym Ci zaproponował wypad na kawę lub piwo, co byś powiedział?

Spojrzał i tym swoim spokojnym, łagodnym głosem odpowiedział:
- Nie dzięki, mam dziewczynę... Ale kiedyś po koleżeńsku to czemu nie.
- Aha, spoko - uśmiechnąłem się, podałem faktury i poszedłem.

Matko, czułem się jak kretyn roku, dosłownie król żenady. 
Dobrze wiem, że to 'po koleżeńsku' nigdy nie nastąpi.

ALE... nie straciłem dobrego humoru. Siedzi to we mnie, ALE zaczęło docierać do mnie, jak bardzo zmieniłem swoje podejście do życia przez to, co się działo w ostatnich miesiącach.

I nie żałuję, bo czasami trzeba zaryzykować (nawet jeśli jutro mnie wezwą na dywanik i zwolnią za molestowanie HA HA).

...

W zasadzie miałem go już w zeszłym roku, nawet rozmawiałem z kożelanką szefową. Ale za chwilę wyskoczyła jej ciąża, potem pojawił się Młody i miałem nadzieję, że jakoś może ta Warszafffka się ułoży.

W końcu "zawsze jest jakiś plan B".

Czas zacząć go powolutku realizować....

sobota, 22 lipca 2017

373

Zmiany, nawet dużo zmian. 
Szefowa zaciążona, termin na październik. Póki co pracuje, ale większość obowiązków już przejmuję.
Koleżanka z własną działalnością też zaciążona, termin na grudzień.
"Boski, ale co Ty się martwisz, przecież to jej problem co zrobi ze swoimi firmami" - jako rzekła szefowa.
I taki to problem, że ja je przejmuję.

Więc szykuje się jazda na 3ech etatach. Byłoby spoko gdyby nie Warszawa. Tydzień w stolicy, tydzień w domu i wiecznie na walizkach. Niby powinienem się przyzwyczaić ale coraz bardziej mnie to irytuje.

Wyprowadziłem się z 'akademika'.
Jeden przystanek dalej, jest nas 3ech (a było 6 cioro na poprzednim) i kundelek. Milutki, cieszy się za każdym razem gdy z pracy wracam...
Solaris w moim wieku ("Ja lubię swoją opaleniznę i lubię się opalać") i z mojej branży, więc przynajmniej swobodnie można rozmawiać. 
Drugi mieszkaniec to jego emerytowany krewny. 
Alkoholik. 
Zorientowałem się już przy drugim pobycie, że coś z nim nie tak.
Póki dupy nie zawraca i burd nie robi nie przeszkadza mi.
Siedzi w swoim pokoju, ogląda tv (na szczęście nie tą reżimową), chleje piwo i gnije od środka.
Straszna egzystencja.

A z tych bardziej pozytywnych wieści - zawsze, gdy chodziłem do Parku Szczęśliwickiego z zazdrością patrzyłem na tych wszystkich rolkujących ludzi.
Już w zeszłym roku planowałem rolki, ale po obejrzeniu filmów na YT dla początkujących stwierdziłem, że się zabiję i kupiłem rower.
Ale nie zrezygnowałem z rolek i powiedziałem, że przynajmniej spróbuję.
No i po 2-óch miesiącach umawiania się z koleżanką z pracy poszliśmy z rolkami jej męża i jej córami, żeby 'pośmiać się z wujka'.
Spodobało mi się, zaraz zamówiłem rolki dla siebie.
Jeżdżę na poziomie profesjonalnego amatora poziom minus jeden, czyli staram się nie zabić i nie zabić innych. Ale jeżdżę, upadam, wstaję.
Dzisiaj glebę zaliczyłem, boli mnie lewa ręka, chyba stłukłem lub nadwyrężyłem (nie puchnie więc raczej nic poważniejszego).
I tak jutro pójdę. Z rana, bo mało ludzi i można spokojnie po placu pojeździć.
Największą satysfakcję mam, że miałem jakiś cel, który osiągnąłem, coś założyłem i to zrobiłem.

Teraz trzeba znaleźć inny cel. Tylko jaki?

(wypełnić serce)

czwartek, 30 czerwca 2016

362

Wczoraj po przyjeździe do Warszaffffki z kożelanką szefową pojechaliśmy obejrzeć dwa pokoje.
Jeden bardzo blisko centrum, drugie w Wilanowie.

Nie spodobało mi się. Na pytanie kożelanki szefowej co mi się nie podoba nie potrafiłem odpowiedzieć... "Bo Ty sam nie wiesz czego oczekujesz. Co byś chciał? Żeby chlebem i wodą Cię witali?".

Wieczorem, w motelu, znowu przeglądanie ofert, linki od kożelanki szefowej. Wybrałem trzy. Trudno, muszę coś wybrać, żeby faktycznie bezdomnym nie zostać.

Dzisiaj umówiłem się na te 3 miejsca.
Pojechałem na pierwsze. 5 minut od pracy autobusem. Starszy jegomość, sympatyczny. Mieszkanie...cóż, pokój bardzo duży, ładny, spodobał mi się. Kuchnia i łazienka już niekoniecznie.
Jak powiedziałem, że potrzebuję umowę albo przynajmniej weksle potwierdzające wpłatę, Starszy jegomość zaczął się zastanawiać, bo to by podatek musiał odprowadzać. Wyraźnie wyczułem, że musiałbym to dopłacić. Jak przeliczyłem, stwierdziłem, że za tą cenę można znaleźć o wiele lepszy standard, ale w ostateczności jak mus to mus.

Zawsze gdy jechałem trawajką z dworca czy to na dworzec, przejeżdżając przez jedną z dzielnic myślałem sobie, że fajnie byłoby tu mieszkać, gdzieś w okolicy...

Udałem się w miejsce nr 2. Wysiadłem z trawmajki. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo to właśnie ta okolica. Parę minut do spotkania, wszedłem w ulicę, chwilę pospacerowałem... i zakochałem się w tym miejscu. Do kożelanki szefowej sms "Jak to miejsce nie wypali, to się zwalniam. Pytałaś czego mi wczoraj brakowało, właśnie tego:


Wczorajsze miejsca wywoływały u mnie poczucie depresji, co w moim przypadku raczej nie jest wskazane ;)

Byłem gotów bez wchodzenia i oglądania pokoju brać w ciemno, byleby tutaj. Pokój obejrzałem i nawet się nie zastanawiałem.

Co prawda w umowie rezerwacyjnej jest zapis, że mogą odstąpić od podpisania umowy wynajmu bez podania przyczyny, więc 100% pewności nie mam, ale może drugi raz numeru mi nikt nie wywinie... ;)

Nawet specjalnie nie interesuje mnie, kto tam mieszka. Ważne, że jest TUTAJ. Szczęśliwice. Może w końcu lokalizacyjne szczęście przynajmniej będzie się mnie trzymać.

W tramwajce, opowiadając kożelance szefowej o miejscówie tak mi się ryj cieszył i taki entuzjazm się ze mnie wylewał, że ludzie gapili się na mnie jak na debila. 

A niech się gapią :)

niedziela, 19 czerwca 2016

360

Spojrzałem rano w lustro. Ryj zarośnięty, od piątku nie golony. Zaczynałem podejrzewać, że już śmierdzę - jak w sobotę rano wstałem, tak dopiero dzisiaj koło południa wyskoczyłem z piżamy.
Niechybny znak, że trzeba z domu się ruszyć, aby w depresję nie wpaść.




To mój ostatni pobyt na obecnym mieszkaniu. Szukam innego lokum, współlokator postanowił wrócić do żony. Żona myślę, że jest nieco pojebana skoro wywala męża z domu a gdy ten znajduje sobie mieszkanie chce, żeby jednak został do nas nie chce przyjść, bo się 'przyzwyczaiła'. Trochę to dla mnie absurdalne, stąd oboje mają znacznie bliżej do pracy.
Zastanawiam się, czy nie szukać lokum z kimś 'ze swoich'. Napisałem do jednej laski, ma pokój do wynajęcia w fajnej dzielnicy, ale okazuje się, że lesbijki są jak geje - nie odpisują na wiadomości albo takie mam po prostu szczęście.

Dziwnym jest, że lepiej czuję się będąc tutaj w pracy. Może przez to, że ludzie się kręcą, czasami można się do kogoś odezwać.
W domu tak jakoś smutno (chociaż na współlokatora nie mam co narzekać. Jakoś się dogadywaliśmy przez te 2 miesiące bez problemu).

A na przygody jakoś nie mam ochoty. Zdarzyło się raz (no, 1,5-raza, ten pół razu to ciężko nazwać nawet seksem) i wystarczy 
bo finał był trochę żenujący?
Może kiedyś, znowu 
gdy będę wystarczająco sfrustrowany

Dobrze, że desperatem nie jestem.
Czasami Wielebny mnie wkurza, jak pisze, że wracając z pracy spotkał się z jakimś kolesiem tak na prawdę to chuj mnie to obchodzi
Albo zamiast na obiad, w przerwie w pracy, poszedł na...

- A testy na hiv to jak często sobie robisz? - pytam, któregoś razu.
- Raz na pół roku.
- Przy Twoim trybie rozpusty to zdecydowanie za rzadko.

Pamiętam, gdy jeszcze byliśmy razem, dawno, dawno temu był na 'nie' przelotnym przygodom, nie mówiąc o byciu w otwartym związku.
Jak widać ludzie się zmieniają. 

Nie wiem czy na lepsze.

niedziela, 10 kwietnia 2016

355

Zmiany, zmiany, zmiany...

Rozpocząłem życie na pół etatu w Stolycy.
Nawet pokój mam wynajęty z kumplem (żona z domu go wywaliła. Jak znalazł mieszkanie to jej się odwidziało i już by chciała wrócić...).
W sensie, że mieszkanie z kumplem, pokój mam osobny ;)

Gdzieś tam, podczas ferii weekend spędzony w górach.
Cisza, spokój... nic tylko wygrać parę milionów, kupić domek i mieć wszystko w nosie...



Święta sympatycznie, dziecię rośnie i ciągle tylko wujek, wujek, wujek...



Jedynie z MOBem ciągle tak samo, bez zmian, bez emocji... a ja nie mam jakoś serca aby to uciąć.
Chyba z miesiąc się nie widzieliśmy, zwykle ciągle coś mi w weekendy wyskakiwało, a tu święta, a tu brak samochodu (swoją drogą stoi na warsztacie i jestem ciekawy co z niego będzie)...
Tylko problem w tym, że mi nie zależy.
Przed rozstaniem żyliśmy jak przyjaciele, teraz po zejściu też żyjemy jak przyjaciele, chyba tak byłoby najlepiej.
Z drugiej strony jak to Wielebny mi napisał "Przynajmniej ktoś jest".

No właśnie. "Ktoś".

czwartek, 26 listopada 2015

353

Dzisiaj praca w królestwie Królowej osłodzona odrobiną francusczyzny (?):


 W pracy... może powiem tylko tyle, że znowu mam etap "jebnąć tym". A bo Warszafffka i audyt (bo ktoś "inteligentny inaczej" ustawił audyt na czas gdy behapówki nie ma [i wielkie zdziwienie, gdy na miejscu powiedziałem, że ja na śląsku pracuję, bo nie kurwa, siedzę w domu i czekam tylko na telefon kożelanki szefowej 'przyjedź do Wawy']), który podobno całkiem nieźle wypadł (ale nerwów mnie to kosztowało), a bo to przesłuchanie na policji w sprawie ciężkiego wypadku z czasu wakacji ( "Wie pan - rzecze policjant - bo ten pracownik on sobie tym zgłoszeniem do prokuratury nic nie pomoże, jedyne co to pracodawca może na 3 lata do więzienia iść"), a bo to szefowa wróciła z urlopu i wypoczęta ma za dużo pomysłów na raz, a bo to jak zwykle ludzie/klienci mądrzą się albo i nie, a bo to ciągle jeździć trzeba, a bo to w domu nie mogę spokojnie pracować, bo bratanica domaga się uwagi (akurat to mnie cieszy, ale z drugiej strony robota w miejscu stoi...).

Tylko ja nie o tym w sumie. Brat zrobił mi nową szaf(k)ę do pokoju. Ze starych szuflad wyciągałem różne skarby i natknąłem się na to:





Moje dzienniki/pamiętniki. Bo jestem ten szczęściarz, co blogować zaczął jeszcze zanim powstało słowo 'blog' ;).
Zacząłem pisać jakoś pod koniec podstawówki, przez jakiś czas szkoły średniej, nawet jakieś zapiski ze studiów się znalazły, których na blogu nie umieściłem (zbyt osobiste). A w jednym zeszycie to są różnorakie opowiadania, głupie i naiwne, ale jedno zacząłem czytać i mnie wciągnęło, może je tu wrzucę za jakiś czas.
Otworzyłem też przypadkiem pamiętnik chyba z roku 15ego mego życia, gdzie pisałem, że chciałbym poznać pewną A. ale koleżanki z podstawówki nie było nawet w autobusie. 
Tak, bo była taka piękna, najpiękniejsza dziewczyna, którą bardzo chciałem poznać. Pamiętam, jak się kumplowi z technikum zwierzyłem, to się ze mnie śmiał, że przecież i tak nie zagadam... A któregoś razu, zapytałem ową koleżankę z podstawówki, czy mnie może poznać z koleżanką i jakiś czas później poznała w autobusie. Wyszło żenująco oczywiście (żenująco dla mnie, czułem się potem jak kretyn) ale kumplowi szczęka opadła, jak któregoś razu mówię jej "Cześć", czekając na przystanku na autobus.

I tak obok tego zdania, że 'chciałbym ją poznać' w następnym piszę "Chyba jestem pierdolnięty..." (bo ja od zawsze miałem do siebie dystans i wykazywałem samokrytycyzm - moja boskość wtedy raczkowała).

Puenta jest taka, że chyba faktycznie mnie coś pierdolnęło, skoro uganiałem się za dziewczyną ;)

sobota, 7 listopada 2015

352

To bardzo miłe gdy wszyscy dookoła pokładają we mnie więcej wiary niż ja sam.
Ciekawi mnie tylko, czy wiedzą, jaka to dla mnie presja i stres, no bo przecież co jeśli jednak nie podołam?

Faktem jest, że z nożem na gardle jestem wręcz cudotwórcą... ale...

W poprzedni piątek kożelanka szefowa poleciała do juesej. Na godzinę przed odlotem dowiedziała się, że w przyszły czwartek i piątek jest bardzo ważny audyt dla firmy, w większości dotyczący bhp (i wszyscy kurwa wielce zdziwieni, że jej nie będzie, bo jak to? na urlop wyjechała? Przecież ona zawsze na każde zawołanie była...).

I tak miniony tydzień spędziłem w Wawie. W poniedziałek w nocy spać nie mogłem, dreszcze, raz zimno, raz gorąco, zbierało mi się na wymioty i co 10 minut sikanie. Bolało jak diabli, nad ranem krew.
We wtorek w południe urwałem się z pracy do lekarza, zapalenie pęcherza (parę dni wcześniej jelitówka, prawdopodobnie bakterie przeskoczyły sobie na pęcherz). "Mam dziwne wrażenie, że l4 to pan nie chce..." - Bo ja tu pani doktor nie jestem zatrudniony tylko na śląsku, l4 tu mi nic nie pomoże - "Pan to ma tą pracę zupełnie pokręconą".

Na szczęście antybiotyk już po 6 godzinach zaczął pomagać. Ogarnąłem nieco dokumentów. Zrobiłem pogrom na produkcji (syf, kiła i mogiła, bo kożelanka szefowa tak zawalona robotą, że nie miała czasu w ubiegłym miesiącu robić przeglądy), w piątek przed moim powrotem nawet w miarę wyglądało.

Teraz przeraża mnie jedynie dokumentacja. Mamy całą szafę z segregatorami z dokumentami, w których niemal w ogóle się nie poruszam, jeszcze dochodzi ochrona środowiska, z którą też niewiele mam wspólnego.
A dyrektorka haeru zdziwiona, że pracuję i nie mogę w przyszłym tygodniu być cały tydzień. Uświadomiłem ją, że tak na prawdę mój pobyt w Wawie to tylko koszty. "No będziemy musieli wymyślić jakieś rozwiązanie, bo dwie hale dla kożelanki szefowej to jednak dużo".
Czasu na rozpoznanie dokumentów raczej już nie mam - w środę przyjazd wieczorem, w czwartek gdzieś na 6 do pracy, znowu halę przypilnować, uzupełnić parę dokumentów i od 9ej audyt.

Sobotę spędzam w łóżku. Myślałem, żeby do MOBa się wybrać, ale nie mam sił.

Nie myślę o niczym, a przynajmniej tak sobie wmawiam, że nic mnie nie obchodzi...

A tu pozdrowienia od kożelanki szefowej:



Ah i jeszcze przecież ręce mi spierzchły, zaczerwieniły, piekły po umyciu, teraz skóra popękana i powysychana mimo stosowania kremu nawilżającego do rąk.

piątek, 11 września 2015

345

Z cyklu: "Nie-boskie dylematy".

O tym jak to Boski pierwszy raz pojechał do samego centrum stolycy pisał nie będę. Prawie się zesrał, ale jakoś zajechał, znalazł miejsce parkingowe, trafił gdzie miał trafić.
Szkolenie z I pomocy przeprowadził (4 sympatyczne panie, w tym jedna, która od teraz będzie chyba miała na firmie ksywkę "usta-usta").
Do rzeczy. Tzn do nie-boskich dylematów.

Boski zjechał windą na parter (o windach to osobna notka mogłaby powstać), wyszedł z windy - leci do bramki żeby wyjść, bramka oczywiście zamyka mu się przed nosem (w końcu wspominałem, że o windach osobna notka mogłaby powstać).
Podchodzi pan ochroniarz, otwiera pikaczem bramkę. Patrzy na podejrzaną torbę w boskiej ręce (z fantomem).
A co to? Gitara?? - (Ukulele kurwa w wersji XXL - pomyślał Boski)
- TO? Fantom... albo zwłoki jak kto woli...
- Aha... no to fajnie, miłego dnia życzę.
Boski wyszedł z budynku, po chwili słyszy, że ktoś biegnie i woła:
- PRZEPRASZAM!! - odwraca się, ochroniarz biegnie do imć Boskości (pewnie rowerek ze zwłokami dojechał - przeszło przez myśl) 

- Przepraszam, może mi pan jeszcze raz powiedzieć co to jest?? (zwłoki? - podpowiedział boski umysł)
- Fantom...
- A czy ja mógłbym zobaczyć?
- Noo... pewnie, ale to może do budynku wrócimy, żeby nie robić wiochy na wsi...
W budynku, koleś ogląda, podpytuje, w końcu gdy zaspokoił ciekawość mówi:
- Ja bardzo pana przepraszam, że tak zawróciłem, ale po prostu jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś tu był z takim sprzętem...

Boski tylko zapomniał zapytać, czy koleś chce sobie zrobić słit focię z fantomem...
A taki widoczek był z okna...

środa, 12 sierpnia 2015

339

Zdemotywowany w ostatnich miesiącach do pracy, przez hasła typu:
- Z całym szacunkiem i sympatią panie Boski, ale pana praca to jest coś czego nikt nie chce
- Bo pan ma komunistyczne podejście i źle robi, że daje polecenia, musi pan inaczej rozmawiać z ludźmi (w domyśle siedź cicho i rób to co do innych należy)
- Bo to jest papier dla papieru
- Ale te szkolenia to w ogóle komu są potrzebne? Przecież to strata czasu.
- To są przepisy, a pracodawca i tak robi co chce.
- Instrukcje do maszyn? W UK tego nie mają to ja też nie będę tego szukać.

I inne takie.
Jakaś taka radość, która kiedyś była, sprawiała jakąś satysfakcję zanikła. Do tego stopnia, że zacząłem myśleć o zmianie (coś w kierunku logistyki).

ALE mam chujowy horoskop na ten rok, i mam to przeczekać, bo neptun w znaku bliźniąt daje mi popalić za to przyszły rok będzie o wiele lepszy.

Wyżaliłem się kożelance szefowej (wspomniałem o ewentualnych studiach). Dało jej to do myślenia, bo zadzwoniła po południu i powiedziała mniej więcej:
- Powiedz mi, jak to nie jest potrzebne to co robisz i nikt tego nie chce? A jak coś się dzieje? To przecież dzwonią do Boskiego. Przychodzi kontrola to co? Dzwonią do Boskiego. Pańcia z wypadku też nigdy nie chciała bhp a teraz? Dzwoni do Boskiego, nawet wódkę chciała z Tobą pić.

Coś w tym jest. Także plan logistyczny odłożony. Na rok. Bo trzeba 4 tysiaki uzbierać. A może coś rzeczywiście na plus się zmieni w przyszłym roku?


Poza tym jako rasowy homik dzisiaj byłem pierwszy raz u kosmetyczki.
I taki oto efekt:


Gładziutkie i różowiutkie jak tyłek niemowlaka.

A na 40tkę kwas hialuronowy ;)

piątek, 7 sierpnia 2015

337

Z cyklu "Nie-boskie (cudze) dylematy". Opowieść klienta (już na emeryturze), sprzedającego roślinki.

Pewnego dnia, pod jego szkółkę zajechał jakiś wypasiony 'kadilak z dwiema rurami wydechowymi, diabli wiedzą co to za samochód, bo pierwszy raz go widziałem". Wysiadł Młodziak, na oko jakieś 18 lat, wysoki, jakieś modne ciuchy (jak to młodzież), gumę w gębie przeżuwał jak krowa trawę, ręce w kieszeni, ot cwaniaczek... Widać, że rodzice muszą mieć sporo kasy.

Wchodzi Młodziak do owej szkółki, stanął przy roślinkach w doniczce, spojrzał, szturchnął nogą i rzecze do jegomościa:
- A te roślinki to trochę drogo masz...
Starszy jegomość popatrzył, wyciągnął z kieszeni 1 zł, wcisnął młodziakowi w dłoń i rzekł:
- Masz synku, skoro cię nie stać, idź kup sobie cukierki i wypierdalaj.

Młodziaka zatkało, zrobił wielkie oczy i po chwili wysapał:
- Pan mnie obraża!
- A, to teraz mówisz mi na pan? - rzecze jegomość - Tam jest furtka, sam się odprowadź i więcej mi się tu nie pokazuj.

sobota, 27 czerwca 2015

332

Telefon po 16ej. Zapłakana Pańcia - Panie Boski niechaj pan pomoże!
Facet spadł z rusztowania, nadział się szyją na wystający bolec...

A tyle razy było pytanie, czy nic nie potrzeba, nie, nie wszystko w porządku, zadzwonimy...

Facet pierwszy dzień w pracy, na zlecenie. Rusztowanie postawione nie tak jak trzeba (brak drabinki z gruntu na pierwszy poziom)...
W szpitalu, spisując jego wyjaśnienia pytam: "A dlaczego wchodził pan w taki a nie inny sposób?"
"A bo wie pan, 20 lat pracuję na rusztowaniach i zawsze tak się wchodziło...".

Przeżył, operacja udana, facet wróci do zdrowia i będzie mógł wrócić do pracy... Inspektor Pracy był, skontrolował dokumenty, mandat też wystawił, bo wina pracodawcy.

W czwartek babeczka dzwoni do mnie z podziękowaniami, za pomoc... wygląda na to, że dobrze się skończy i dla poszkodowanego i dla pracodawcy. Nauczkę mają.
Gdy Pańcia dzwoniła podziękować to był chyba pierwszy od bardzo dawna moment, gdy poczułem, że moja praca może jest coś warta... przynajmniej czasami.

***

Wracam z Wiedźmą Be z jogi. Widzę na telefonie maila od kożelanki szefowej, tylko pierwsze zdanie: "Boski, dziękuję za ostatnie dni i pracę..."
Myślę sobie - co jest kurwa? Zbankrutowaliśmy i mnie zwolnić musi?
Otwieram pocztę i czytam całe zdanie: "Boski, dziękuję za ostatnie dni i pracę jaką włożyłeś w przygotowanie dokumentów dla Pańci. Naprawdę super robota :)"

poniedziałek, 18 maja 2015

330

110 km przed Warszafffką, odpoczynek na stacji benzynowej.
Palę papierosa.
Podjeżdża jakiś czerwony złom, panowie, chyba rumuny albo innej chujstwo pyta o drogę do Poznania. Nie wiem, ja nie stąd.
- To daj stówę bo nam na paliwo brakuje.
- Nie mam - wysiada dwóch 'miśków'
- Dawaj bo na paliwo potrzebujemy - zdębiałem. Wyciągnąłem stówę w kieszeni. Koleś do mnie, że to za mało, mam stówę dołożyć.
- Nie bo nie mam więcej.
- No dawaj widziałem, że stówki tam masz - i wyciąga z samochodu chyba z 6 flakonów perfum i mi wciska - Masz i daj jeszcze stówkę, a perfumy dla kobitki weź. Tylko schowaj szybko bo to kradzione.
Ja oczy na kolesia, wciskam mu z powrotem i mówię - Nie mam, nie dam, proszę to zabrać ode mnie.
- No weź, masz jeszcze laptopa i dorzuć (coraz bardziej nachalni)
- Nie, zostawcie mnie, bo policję wzywam - sięgam po komórkę. Z sklepu ludzie zaczęli wychodzić, ja coraz głośniej, że wezwę policję. Wystraszyli się i odjechali.

Ja wiem, że nie jestem mile widziany w Warszafffce ale to było przegięcie.

niedziela, 17 maja 2015

329

Nie wiem dlaczego, ale zawsze przed wyjazdem do Warszafffki czuję jeszcze większe zniechęcenie do wszystkiego.
Ostatnio szefowa pytała, czy wyniósłbym się na stałe do stolicy gdyby taka była możliwość. Cóż mam zrobić, skoro biznes za bardzo nie idzie, jeśli tam będzie lepsza sytuacja finansowa to pewnie, że się przeniosę.
Gdzieś tam kiełkuje myśl, że znowu będzie trzeba dzielić mieszkanie z obcymi, aż żal dupę ściska, że szefowa zrezygnowała z kawalerki...

Wczoraj umówiłem się z jednym kolesiem u siebie w mieście. Oczywiście pełna dyskrecja, zadzwonił z prywatnego numeru czy mogę podejść pod totalizator sportowy, powiedział, że za 10 minut będzie. Czekałem 20 minut, w końcu spojrzałem na pocztę i minutę po swoim telefonie napisał "Sory znamy się, a nie chcę żeby ktoś z naszych znajomych się dowiedział. Z mojej strony masz pełną dyskrecję" WTF? Przecież ja w tej mieścinie nie mam żadnych znajomych (oprócz Wiedźmy Be z którą na jogę chodzę i okazjonalnie do kina) o kolegach nie wspominając... Nie powstrzymałem swojej złośliwości i odpisałem mu, że jego strata, niech sobie dalej żyje w swoim tchórzliwym świecie.

Bądź mądry, pisz wiersze. Człowiek zaczyna się zastanawiać nad sensem podejmowania prób poznania innych ludzi. Bez przesady, wg mnie ludzie są bardziej tolerancyjni niż kiedyś, a to, że dwóch facetów się spotka na kawie? Przecież to o niczym nie świadczy.

Już wiele razy zastanawiałem się, nad skasowaniem kont na portalach, ale z drugiej strony wizja siedzenia przed kompem i wiecznego grania w Diablo jakoś mi się nie uśmiecha... Chciałbym mieć w końcu z kimś wyskoczyć gdzieś na weekend albo chociażby na jakiś spacer.
Drażni mnie moje wieczne zrzędzenie, człowiek próbuje myśleć pozytywnie ale jednak 'mrok' jest jakiś silniejszy i ciągle mąci w tej głowie...

Oj, trzeba słoiki pakować... 

czwartek, 7 maja 2015

328

Czy ktoś pisał kiedyś reklamację do banku? Bo jebany mbank 'przywłaszczył' sobie 2/3 środków, które zgromadziłem na msaver plus (a w tabeli opłat było wpisane, że pobierają 50% składki opłacanej w pierwszym roku. Przez 9 miesięcy odkładałem po 100 zł i z 900 zł oddali mi 262 zł z groszami).

Pochwalę się: weekend majowy spędziłem na zwiedzaniu Berlina, Poczdamu i Drezna.
Wycieczka objazdowa, trochę wkurzało wczesne wstawanie (o 7 śniadanie, 8*15 wyjazd na zwiedzanie), ale dało się przeżyć.
Chyba jednak wolę samodzielne zwiedzanie jak to było np. w Londynie. 

A poza tym to kiepskawo ostatnio, znowu się zastanawiam co innego mógłbym robić. Jak to dzisiaj z kumpelą stwierdziliśmy - najgorzej, gdy człowiek sam jest ze swoimi myślami, wtedy dopadają go te czarne...

W ramach pracy nad sobą tudzież nad kondycją poszedłem dzisiaj na jogę. 
Przyjemnie zmęczony mam nadzieję, że jutro nie będę miał zakwasów...

A tu kwiatek z pałacu Charlotty (czy jakoś tak)


A i wczoraj byłem na pseudo randce. Koleś lat 40. Stwierdził, że jestem apetyczny, niestety on apetyczny nie jest dla mnie. Za to był komunikatywny, co się bardzo rzadko zdarza i miło było wyjść z kimś i pogadać przy coli.

środa, 22 kwietnia 2015

326

Gdzieś mi uleciało, że bloga przecież mam, że wypadałoby COŚ czasami napisać.
W sumie, to nie ma specjalnie co. Zrzędzić nie będę. 
Bo na razie humor w miarę ok, zielono za oknem się robi, to i nastrój w miarę pozytywny.
Tylko wieczorami, gdy człowiek popadnie w zadumę, albo nagle 'obudzi się' po kolejnej godzinie grania w Diablo 3...

A teraz coś śmiesznego. Tzn. boskiego. Bo Boski przekroczył (który to już raz?) swoją Boskość zawodową.
W ubiegły poniedziałek pojechał do Warszaffffki*, około 11 wparował na firmę, poszedł zrobić przegląd wskutek czego jakieś 18 osób (cały dział) dostało nagany (za palenie papierosów pośród farb, lakierów, rozpuszczalników. I nie ważne, że nie wszyscy są palaczami /pewnie odwołania polecą/. Jakim debilem i bezmózgowcem trzeba być, żeby w takim miejscu palić papierosy??)
Przeglądy były codzienne.
W ten poniedziałek już kożelanka szefowa robiła przegląd, znalazła 1 niezgodność i poczuła się jak debil...kolega kierownik powiedział do niej, że trzeba koniecznie Boskiego sprowadzić, to zaraz będzie całe stado niezgodności... Nie wiem czy to miał być komplement czy złośliwość...

Odkryłem przez przypadek i zasłuchuję się:




*Boski pojechał samochodem - trzeba było naprawić włącznik świateł włączany na wykałaczkę i zacinające się wycieraczki**. W drodze powrotnej widziałem, jak ciężarówka przede mną straciła oponę (która ostatecznie wylądowała kilka metrów przed maską mojego samochodu, całe szczęście, że jechałem 50 km/h widząc, co się święci). To było nie tyle przerażające co FASCYNUJĄCE zjawisko.

**Bo Boski dorobił się 'nowego' samochodu. Oczywiście był z bublem (światła i wycieraczki). Mazdunia 4 miesiące spędziła na warsztacie, jak już dostali ostatnią część - poszła jakaś uszczelka, woda dostała się do środka i zaczęła się hodowla penicylinki. Teraz jeżdżę najbrzydszym samochodem świata - Sardynką (Opel Agila).

sobota, 15 listopada 2014

325

Szefowa zrobiła wczoraj nalot z Warszaffffki.
Dzień wcześniej kazała mi się przygotować na spotkanie z kierownikami na jednej firmie... no i krótką prezentację miałem zrobić...Czwartkowe popołudnie więc przy kompie, trochę się wkurzałem, że tak nagle, no ale w sumie miesiąc temu o tej prezentacji mi pisała... Gdyby mi od razu wyznaczyła termin do kiedy mam zrobić, to by miała już dawno załatwione...
O dziwo spotkanie poszło całkiem zgrabnie. Chyba nie ma ze mną tak źle, gdzieś tą wiedzę łapię po drodze, chociaż sam nie wiem kiedy, bo specjalnie siedzieć i czytać to mi się nie chce...
Stwierdziłem, że kożelankaszefowa to chora musi być, bo jak mnie już do domu odstawiła po całym dniu jeżdżenia to nie opierdoliła za nic... Wręcz przeciwnie, widzi wszystko w różowych kolorach i podobno 'będzie coraz lepiej'.

Strzała ma silnik do remontu, może pod koniec listopada będę mógł wrócić nią z Warszaffffki. Oby tylko śnieg nie spadł i mrozy nie chwyciły ;/ i pewnie się okaże, że wykrakałem.

Prywatnie jest szaro.
Błądzę gdzieś myślami. Potrafię odpalić Spotify i gapić się w ekran monitora błądząc gdzieś myślami...

Przed długim weekendem dałem anons na jednym z portali. Odpisało 5 osób, dwie od razu odrzuciłem, jedna najwyraźniej nie potrafiła czytać ze zrozumieniem, więc też po paru mejlach spławiłem, kolejny zadawał pytania ale sam na zadane nie odpowiadał, najwyraźniej jakiś ociężały umysłowo był.
A piąty z kolei proszę państwa to koleś, z którym swego czasu pisałem na innym portalu, z mojej mieściny i który wystawił mnie do wiatru nie przychodząc w umówione miejsce. Tym razem na pytanie 'To kiedy się widzimy' napisałem 'Podaj miejsce i czas w którym ci pasuje'.
No i cisza.

Jak to jest, że  człowiek ma ochotę kogoś poznać, wyjść na kawę a tu nie ma z kim? Czasami gdy widzę profile sparowanych osób czuję lekką zazdrość i zastanawiam się jak oni się poznali? 
A może to ja akurat dziwnie trafiam?

Za to przez ostatnie 3 tygodnie spotykałem się z dentystą. I jeszcze ze 4 wizyty mnie czekają, bo po 4ech latach mam 7 zębów do leczenia. Portfel nie koniecznie jest szczęśliwy z tego powodu, ale jakoś na zęby nie szkoda mi wydać te pieniądze. Mam przynajmniej nadzieję, że będę co roku chodzić na kontrole, to nie będzie tak źle.

Ostatnio dość często myślę o Wielebnym. Jakiś czas temu córka sąsiadki zmarła na raka mózgu, od kumpeli znajomej mama też na raka mózgu... masakra jakaś.
Trzeba będzie w końcu wymienić panel dotykowy w starej avilii i odzyskać kontakty...

niedziela, 4 maja 2014

320

exMOB jutro wraca do Polski.

Nie wiem co jest gorsze: to, że mu się nie udało, czy to, że w głębi ducha cieszę się, że wraca...