Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 marca 2019

383

Z cyklu (nie)boskie dylematy:


Dworzec Wschodni, czekam na pociąg do Gliwic, odjazd godz. 16.14. 
Na tablicy wyświetlane są pociągi, zbliża się godzina odjazdu, mojego ni chu chu. Sprawdzam bilet - jak byk godz 16.14. Patrzę na rozkład, czytam, szukam, nie ma mojego pociągu. Wchodzę na rozkład internetowy, a tam odjazd godz. 15.54. 
Wkurwiony idę do informacji, łysina trochę mi zarosła szczeciną, więc włos zjeżony, mord w oczach, mówię pani, że na bilecie odjazd 16.14 a okazuje się, że pociąg odjechał o 15.54. 

Pani sprawdza bilet i mówi:

- Bo bilet jest ze stacji Warszawa Centralna a nie Wschodnia....



Dobrze, że mam gdzie spać.


Kurtyna.

wtorek, 20 marca 2018

378

Siedzę w pendolino do Gdańska.
Uciekam.
Od wszystkiego.

Niby się uśmiecham, wczoraj usłyszałem, że bije ode mnie pozytywna energia. Ale to już resztki, wewnątrz krzyczę.

Muszę się odciąć.
Przynajmniej na chwilę.

piątek, 3 lipca 2015

333

Boski na urlop zasłużył? Zasłużył.
W środę wieczorem pakowanie walizki. W łazience spadła mi półeczka, stwierdziłem, że to znak, iż będą pewnie przygody w podróży.
Zapobiegawczo w czwartek wyjechałem po 5ej.
Trzeba było samochód do Wawy odstawić i stamtąd na Mazury do kuzynki.


Droga do Częstochowy super, na spokojnie, ruch przyzwoity bez długiego czekania na światłach. Kolejny postój 100km przed Warszafffką (tam gdzie mnie obrobili i mniej więcej tam, gdzie swego czasu kapcia złapałem). Świetnie, jak tak dalej pójdzie to będę miał 2h do pociągu.



40km przed Warszafffką korek, samochody stoją, ludzie wychodzą na zewnątrz i się opalają... (Tir zdaje się z dostawczakiem się zderzył, 1 ofiara śmiertelna, droga zablokowana).

Godzina stania w korku, myślę sobie - nie zdążę, już w głowie kombinuję przebukowanie biletu. Ale panowie kierowcy zaradni, zdemontowali barierkę na asfaltówkę poprowadzoną na przełaj (kończyła się też na barierce, podejrzewam, że kiedyś zrobią zjazd w tym miejscu), kilka metrów po polu i wjechało się na drogę...
Z godzinnym zapasem dotarłem do stolycy, wsiadłem w pociąg, zajechałem do Olsztyna.
No to godzinka do pociągu, wychodzę zapalić przed dworzec. Palę sobie, podchodzą panowie strażniki "Dzień dobry, palenie w miejscu niedozwolonym, mandacik 500 zł...".
Skończyło się, na 50 zł. Stałem bezczelnie koło słupa na którym był znak zakaz palenia (niestety od strony zewnętrznej dworca, więc wychodząc z budynku nie był widoczny ale spoko)...
Trochę pan ochroniarz się zdziwił, że nie stawiałem oporu, na co mu łaskawie wyjaśniłem, że jestem behapowcem i też daję mandaty jak złapię za rączkę, więc tu nie ma co dyskutować...
Tym sposobem zasiliłem Urząd Marszałkowski w Olsztynie kwotą 50 zł. Niech się cieszą urzędasy.

W pociągu IR znalazła się sierota większa ode mnie - laska wsiadła w zły pociąg. Skapła się dopiero po odjeździe... Ale uczciwie chciała kupić u konduktorki bilet do najbliższej stacji, konduktorka nie zdążyła go wystawić i puściła sierotkę.

Ja za to wyciągam bilet z plecaka, spoglądam przed siebie i widzę, że jakiś koleś się na mnie gapi. Ni brzydki, ni piękny... 
Dopiero po kilku sekundach zajarzyłem, że to moje odbicie...

Za to dzisiejszy dzień upłynął na łapaniu słońca. Niewiele go złapałem, bo krem z filtrem 50tka, ale to sama przyjemność być na zadupiu, gdzie psy dupami szczekają, z dala od ludzi i hałasu miejskiego...

A tu lismanore:


A tu taki sobie księżyc w pełni:


poniedziałek, 18 maja 2015

330

110 km przed Warszafffką, odpoczynek na stacji benzynowej.
Palę papierosa.
Podjeżdża jakiś czerwony złom, panowie, chyba rumuny albo innej chujstwo pyta o drogę do Poznania. Nie wiem, ja nie stąd.
- To daj stówę bo nam na paliwo brakuje.
- Nie mam - wysiada dwóch 'miśków'
- Dawaj bo na paliwo potrzebujemy - zdębiałem. Wyciągnąłem stówę w kieszeni. Koleś do mnie, że to za mało, mam stówę dołożyć.
- Nie bo nie mam więcej.
- No dawaj widziałem, że stówki tam masz - i wyciąga z samochodu chyba z 6 flakonów perfum i mi wciska - Masz i daj jeszcze stówkę, a perfumy dla kobitki weź. Tylko schowaj szybko bo to kradzione.
Ja oczy na kolesia, wciskam mu z powrotem i mówię - Nie mam, nie dam, proszę to zabrać ode mnie.
- No weź, masz jeszcze laptopa i dorzuć (coraz bardziej nachalni)
- Nie, zostawcie mnie, bo policję wzywam - sięgam po komórkę. Z sklepu ludzie zaczęli wychodzić, ja coraz głośniej, że wezwę policję. Wystraszyli się i odjechali.

Ja wiem, że nie jestem mile widziany w Warszafffce ale to było przegięcie.

wtorek, 7 maja 2013

275

Zwykle nie piszę o konkretnych przewoźnikach, bo wiadomo, jedni lepiej sobie radzą, inni gorzej z zapewnieniem atrakcji.
Ale jako, że łikend majowy był, postanowiłem napisać o specjalnej promocji INTERREGIO, która miała miejsce w niedzielę.
Otóż wsiadając do pociągu już widziałem, że są jedynie pojedyncze miejsca, udało mi się takowe zająć, dzięki czemu podróż odbyłem na siedząco.
Jednak dla osób wsiadających w Katowicach, INTERREGIO zasponsorowało specjalny przejazd: wsiadający na w/w stacji mogli odbyć podróż na korytarzu. Dla szczęściarzy znalazły się siedziska w korytarzu (których zauważyłem ostatnio nie ma w wagonach TLK).
Prawdziwą gratkę miały jednak osoby wsiadające na kolejnych stacjach: tu podróżni mieli zapewnione miejsca w lub obok kibelka.
Na dwóch stacjach, już przed samą Warszawą, podróżni przychodzili na dworzec w ramach pielgrzymki: mogli pocałować klamkę wagonu świętych przewozów regionalnych, gdyż dla nich miejsca już nie było.
Szczególnie rozbroiła mnie pielgrzymka osób z rowerami. Nie wiem ile ich było, ale chyba się przeliczyli, że w ostatni dzień długiego łikendu, kiedy to Warszafffka wraca do pracy znajdą miejsca w pociągu, w którym nie ma miejscówek.

Jako zupełny gratis, wszyscy podróżni otrzymali prawie 25 minutowe spóźnienie już na docelowej stacji.

Dla mnie z kolei Warszafffka przygotowała specjalny upominek w postaci remontowanych torów tramwajowych wskutek czego z Centralnego na Aleję Krakowską nie mogłem dostać się bezpośrednio tramwajem.
Ale Boski jak to Boski, sprawdził wcześniej autobus, przystanek, na którym miał wysiąść (skąd miał tramwajkę co jakieś 10 minut). Niestety opóźnienie pociągu spowodowało, że na autobus się nie wyrobił.
Boski mimo wszystko nie zniechęcił się, poczekał 10 minut na przyjazd kolejnego (który zdaje się też był opóźniony). 
W ramach rekompensaty kierowca autobusu postanowił puszczać nazwy przystanków z wyprzedzeniem jednego - więc słysząc "Plac Narutowicza" wysiadł. Okazało się, że Plac Narutowicza to następny...
Tramwajka pojechała po zdaje się 20 minutach (bo z tego tylko 1 tramwaj na Aleje jechał a z Narutowicza bodajże 3 linie).
I tak zamiast o 18.30 być na miejscu, Boski dotarł godzinę później.

Za to sąsiedzi grilowali, a Sąsiadka to specjalnie dla mnie trzymała kaszankę z grilla.

Pysznie skończył się dzień.