Jestem już tak niewyżyty seksualnie, że dzisiaj o mało co bym nie wjechał kolesiowi w dupę na skrzyżowaniu.
Kontynuując temat mojej seksualnej rozwiązłości, koleś na portalu poinformował mnie, że "Fajny jestem" i dlatego (??) załączył mi foty swojego penisa (który swoją drogą był całkiem ładny w przeciwieństwie do facjaty kolesia).
Odpisałem mu: "Dzięki, ale nie interesują mnie osoby z CHUJOWYMI zdjęciami".
A i jeszcze wczoraj wieczorem byłem na kawie. Z FACETEM.
Miło się rozmawiało, ale iskier nie było.
Stąd pewnie moja dzisiejsza akcja z pierwszego zdania...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty
środa, 19 sierpnia 2015
sobota, 15 listopada 2014
325
Szefowa zrobiła wczoraj nalot z Warszaffffki.
Dzień wcześniej kazała mi się przygotować na spotkanie z kierownikami na jednej firmie... no i krótką prezentację miałem zrobić...Czwartkowe popołudnie więc przy kompie, trochę się wkurzałem, że tak nagle, no ale w sumie miesiąc temu o tej prezentacji mi pisała... Gdyby mi od razu wyznaczyła termin do kiedy mam zrobić, to by miała już dawno załatwione...
O dziwo spotkanie poszło całkiem zgrabnie. Chyba nie ma ze mną tak źle, gdzieś tą wiedzę łapię po drodze, chociaż sam nie wiem kiedy, bo specjalnie siedzieć i czytać to mi się nie chce...
Stwierdziłem, że kożelankaszefowa to chora musi być, bo jak mnie już do domu odstawiła po całym dniu jeżdżenia to nie opierdoliła za nic... Wręcz przeciwnie, widzi wszystko w różowych kolorach i podobno 'będzie coraz lepiej'.
Strzała ma silnik do remontu, może pod koniec listopada będę mógł wrócić nią z Warszaffffki. Oby tylko śnieg nie spadł i mrozy nie chwyciły ;/ i pewnie się okaże, że wykrakałem.
Prywatnie jest szaro.
Błądzę gdzieś myślami. Potrafię odpalić Spotify i gapić się w ekran monitora błądząc gdzieś myślami...
Przed długim weekendem dałem anons na jednym z portali. Odpisało 5 osób, dwie od razu odrzuciłem, jedna najwyraźniej nie potrafiła czytać ze zrozumieniem, więc też po paru mejlach spławiłem, kolejny zadawał pytania ale sam na zadane nie odpowiadał, najwyraźniej jakiś ociężały umysłowo był.
A piąty z kolei proszę państwa to koleś, z którym swego czasu pisałem na innym portalu, z mojej mieściny i który wystawił mnie do wiatru nie przychodząc w umówione miejsce. Tym razem na pytanie 'To kiedy się widzimy' napisałem 'Podaj miejsce i czas w którym ci pasuje'.
No i cisza.
Jak to jest, że człowiek ma ochotę kogoś poznać, wyjść na kawę a tu nie ma z kim? Czasami gdy widzę profile sparowanych osób czuję lekką zazdrość i zastanawiam się jak oni się poznali?
A może to ja akurat dziwnie trafiam?
Za to przez ostatnie 3 tygodnie spotykałem się z dentystą. I jeszcze ze 4 wizyty mnie czekają, bo po 4ech latach mam 7 zębów do leczenia. Portfel nie koniecznie jest szczęśliwy z tego powodu, ale jakoś na zęby nie szkoda mi wydać te pieniądze. Mam przynajmniej nadzieję, że będę co roku chodzić na kontrole, to nie będzie tak źle.
Ostatnio dość często myślę o Wielebnym. Jakiś czas temu córka sąsiadki zmarła na raka mózgu, od kumpeli znajomej mama też na raka mózgu... masakra jakaś.
Trzeba będzie w końcu wymienić panel dotykowy w starej avilii i odzyskać kontakty...
środa, 22 października 2014
324
Najpierw proszę przeczytać TUTAJ
Po 3ech latach Boski pojechał samochodem do Wawy.
Bardzo dobrze mi się jechało, pogoda piękna, słonce świeci, może wiater nieco za zimny, ale w samochodzie kto by się przejmował.
Za Częstochową na 'Gierkówce' było gorzej - dziura na dziurze, Boski jak zwykle czarnowidztwo uprawiał i martwił się o stan opon... ale nic to.
Jakieś 100km przed Warszawką zatrzymał się na stacji, wypalił 2 papierosy i ruszył dalej.
Ujechał jakieś 10km, akurat wiadukt był robiony jakaś maszyna wyła... Zaraz... ale maszyny już dawno nie ma a tu dalej coś wyje i samochód dziwnie zaczyna telepać...
Boski zjechał na pobocze, wysiadł i... zobaczył rozpierdzieloną oponę.
Nauczony przygodami w Opelku, jakiś czas temu zakupił solidny lewarek i pompkę, żeby mieć czym dopompować koła. Wiadomo, licho nie śpi, przezorny zawsze ubezpieczony.
Czas koło wymienić... No tak, myśli sobie, lewarek kupiłeś, pompkę kupiłeś ale kurwa o kluczu do odkręcenia śrub w kołach nie pomyślałeś...
Zadzwonił do kożelanki szefowej (w końcu obiecała, że jak samochód się rozkraczy to lawetą po niego przyjedzie), łaciną pojechał najpierw na samochód, potem na drogi a potem oczywiście na Warszafffkę, bo wiadomo jak coś się dzieje to wina Warszafffki.
"No to albo idziesz na stację z buta albo próbuj stopa złapać może ktoś się zatrzyma i Ci pomoże...".
Taaaa... 10km z buta... Boski postanowił spróbować złapać stopa. Machnął ręką na nadjeżdżającą srebrną pandę i.... panda zjechała na pobocze i sympatyczna pani Boskiemu pomogła. Pewnie Boska jakaś. Klucza użyczyła, cierpliwie poczekała.
- A wie pani co jest najśmieszniejsze? Że ja jadę wyjątkowo do Warszawy samochodem, żeby go do mechanika odstawić...
- A to na śląsku nie macie mechaników?
- Mamy, ale kożelanka szefowa zakochała się w mechaniku z Warszawy...
- ....
Bo Boskiego proszę państwa Warszafffka ewidentnie nie lubi. Przykład? Ostatnio jak wrócił z Wawy to z zapaleniem gardła (pewnie od jakiegoś warszafffskiego wsioka podłapał infekcję).
Że co? To o niczym nie świadczy? Jak teraz zajechał znowu gardło* zaczęło go nawalać...
Mało?
To jeszcze historyjka z cyklu "Dzień Świra":
Boski jak zwykle zebrał się wcześniej na pociąg, co by do domu wracać. Poszedł kupić dwie drożdżówki. Niestety przed nim Babulinka kupywała pieczywo... jakieś 10 minut jej zeszło, bo pan da 6 drożdżówek z serem, za chwilę to niech pan dwie wymieni na dżem, albo może nie lepiej z jabłkiem a jeszcze bułeczki bla bla bla.
Noż kurde, nie zdążę na tramwajkę - myśli sobie. Dobra, kupił drożdżówki, idzie po bilet do kiosku za 4,40 co by na dworzec zajechać. A tam dwóch chińczyków próbuje kupić kartę do telefonu... Oni po angielsku, pani w kiosku po polsku. W końcu jak wytłumaczyli, że chodzi im o kartę sim, pani daje im kilka sieci, a oni "A która sieć ma najtańsze połączenia do innych miast?"...
Na szczęście w portfelu Boski miał bilet za 7 zł, więc odżałował 3 zł i pojechał.
Po drodze widział stłuczkę jakaś osobówka vs tramwajka (zwyciężyła tramwajka chociaż nie bez szkód. Osobówka owinęła się wokół latarni). No to myśli sobie, że dziwy jeszcze go czekają.
Za Warszawą Zachodnią wsiada do przedziału pańcia (środek tygodnia, w chuj wolnych miejsc w pociągu) i zwraca się uprzejmie do Boskiego:
- Przepraszam, ale pan siedzi na moim miejscu....
- Wagon 13, miejsce 62?
- No zgadza się - i pokazuje bilet. Faktycznie, ta sama miejscówka. Ale usiadła obok, jeszcze się pośmiali. Przyszedł konduktor sprawdzić bilety, Boski pyta:
- Może nam pan wytłumaczyć jakim cudem mamy miejscówkę na to samo miejsce? - konduktor sprawdził bilety po czym mówi:
- Pani bilet jest w porządku, ale pani ma miejscówkę na pociąg o 17 a nie 14.12.
Jakie trzeba mieć szczęście aby z tylu miejsc, w nie obłożonym pociągu znalazła się sierota z tą samą miejscówką na inny pociąg???
Ale dzień się jeszcze nie skończył.
Boski zajechał do Gliwic, podjechał do wujka, bo zostawił sobie zapobiegawczo samochód, żeby autobusem się nie taszczyć (mamcia z chopkiem na wakacjach była więc nie było komu Boskiego odebrać). No i jedzie szczęśliwy do domu.
Na wiosce zatrzymał się na czerwonym. Patrzy, a w niedalekiej odległości ktoś na środek jezdni wychodzi. "A pewnie patrzy czy autobus do Gliwic jedzie". Przejeżdża obok przystanku, patrzy a na ulicy jakaś blond laska, w krótkich spodenkach i czarnych okularach przeciwsłonecznych (godzina 21.30) zaczyna kręcić rytmicznie dupą w rytm sobie tylko słyszanej piosenki...
W pierwszej chwili Boski pomyślał, że jest zmęczony i ma zwidy, ale jednak nie, to nie Matrix, to rzeczywistość...
Notka specjalnie dla Topsy, która zajrzała i przypomniała, że dawno nie pisałem ;)
*znajoma pielęgniara kiedyś mi powiedziała, że na ból gardła najlepsza witamina "ch" podana doustnie...
środa, 13 listopada 2013
303
Od dawna tak mam, że potrafię 'przewidzieć', iż jakieś nieszczęście się przytrafi.
A to spóźni się autobus, a to samochód nie odpali, a to w gówno wdepnę, a to wypadnie mi kubek z ręki...
Ot, takie odczytywanie drobnych znaków...
Wczoraj np. skaleczyłem się w palec. Drobna ranka, niby nic wielkiego...
Zaraz dostałem smsa od kożelanki szefowej, że z rana mam jechać do Dąbrowy Górniczej. No spoko.
Co mi się w głowie pojawiło? Ano rozwalona opona...
Wszedłem na alledrogo i zamówiłem solidny (a przynajmniej mam taką nadzieję) lewarek hydrauliczny (mam trapezowy, tylko siąść i płakać pamiętając jak to wymieniałem samodzielnie koło w sierpniu czy lipcu) i pompkę samochodową.
Do Dąbrowy dotarłem bez problemu, nawet firmy nie musiałem specjalnie szukać. Potem pojechałem do zaplanowanej firmy. I jakieś 100 metrów przed bramą zaczęło mi telepać z prawej strony...
Tak, zgadza się, złapałem gumę.
4ty raz w ciągu ostatnich 14 miesięcy...
Dojechałem do firmy, poprosiłem chłopaków z UR o pomoc przy zmianie koła.
Nie dość, że koło wymienili, to sprawdzili pozostałe i dopompowali, bo się okazało, że niskie ciśnienie było.
"Panie Boski a pan to niech nic nie kupuje, takie coś to pierdołka, cieszymy się, że mogliśmy pomóc".
Dobrze, że są jeszcze życzliwi ludzie na tym świecie...
piątek, 21 czerwca 2013
289
Do wczorajszego pakietu przygód z moim świerszczykiem mogę dopisać dzisiejszy zepsuty prędkościomierz, który nagle wskazał, że jadę z prędkością 0 km/h a do tego, że stoję w miejscu - licznik też nie działa.
Nie mam już sił do tego samochodu.
A może zwyczajnie nie powinienem jeździć...
czwartek, 20 czerwca 2013
288
Jechałem dzisiaj na szkolenie z Dobrą Panią*.
I jakoś tak się złożyło, że opowiadałem jej o Londynie i w pewnym momencie wypaliłem:
- Powiem Ci coś co chciałem ci już dawno powiedzieć, tylko zawału mi nie dostań... MOB to mój chłopak.
Chwila ciszy w końcu powiedziała:
- To się cieszę, że masz życie prywatne poukładane.
Nagle było jeb, wjechałem na pobocze [bo głupi zamiast na drogę patrzyłem na reakcję Dobrej Pani], w dziurę albo krawężnik, już teraz nie wiem i po paru chwilach czujemy, że koło telepoce. No oczywiście, Boski złapał trzecią gumę w ciągu roku w tym samym samochodzie.
Zjechaliśmy na podwórze do jednego gospodarza [sam zaproponował, bo byśmu mu dostęp do sprzedaży truskawek zablokowali], okazało się najpierw, że moim kluczem odkręcić śruby w kole to nie lada wyzwanie. Znowu gospodarz przyszedł z pomocą, przyniósł jakąś dłuższą rurkę, założyliśmy na klucz i śruby od razu puściły**.
Niestety lewarek okazał się ciulaty i samochód zjeżdżał gdy się podniosło [nawet przyblokowanie kół nie pomagało]. I znowu gospodarz przyszedł z pomocą, załatwił od sąsiada lewarek hydrauliczny, Boski podniósł samochód, zdjął koło, założył zapasowe, zakręcił i ruszyliśmy dalej.
Spociłem się jak świnia, na szkolenie dotarliśmy spóźnieni jakieś 30 minut, ale i tak dobry czas.
No i dumny jestem z siebie, że samodzielnie jednak koło odkręciłem i zdjąłem. Teraz mam tylko schizę, że za słabo śruby przykręciłem albo krzywo założyłem koło, jednak w czasie jazdy nie stwierdziłem nic dziwnego, kierowcy też nie trąbili więc powinno być ok.
Wiem, że moja wina, zagapiłem się zamiast na drogę patrzeć... ale faktem jest, że jakieś fatum*** mam z tym samochodem...
*moja była kierowniczka z poprzedniej pracy
**wniosek: klucz do odkręcania śrub w kołach powinien mieć dłuższą rączkę - łatwiej je odkręcić
***wniosek: siedząc za kierownicą nie poruszaj tematów osobistych i emocjonalnych. Po prostu patrz na drogę.
niedziela, 16 czerwca 2013
286
Wczoraj odebrałem świerszczyka po naprawie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby kożelanka szefowa nie zapomniała zostawić dokumentów z samochodu.
Także do wtorku muszę bujać się wyjątkowo przepisowo z nadzieją, że jakaś kontrola mnie nie zatrzyma.
Tym bardziej, że kożelanka szefowa w Grecji siedzi i jutro wieczorem dopiero wróci.
Ostatnio dość często za granicę jeździ na wakacje z czego wnioskuję, że nasza dwuosobowa firma ma całkiem dobrą płynność finansową hehe.
Urlop minął zdecydowanie za szybko. Co prawda najchętniej już w środę z MOBem byśmy wrócili no ale...
Fajnie było ale się skończyło.
W domu niespodzianki, jedna miła druga już mniej. Mniej miła - chrzestny miał operację coś się tam mu popsuło, na szczęście wszystko powinno być ok, już do domu wrócił.
A bratowa pokazała usg 3 miesięcznego dziecięcia, które mam nadzieję, będzie zdrowe.
Z Londynu przywiozłem sobie opakowanie po papierosach - żeby przypominało mi o mojej głupocie, za którą zapłaciłem 8 funtów.
A dla Królowej przywiozłem malutki prezencik: kotka, który rzekomo przynosi szczęście w biznesie. Jak to mój brat stwierdził: na pewno przynosi szczęście, zwłaszcza temu, kto te koty produkuje...
P.s. Tiru-Riru jeśli to czytasz to masz wpierdziel za skasowanie bloga...
czwartek, 16 maja 2013
278
Nieszczęścia chodzą trójkami...
Dzisiaj pobudka o 4.15, jako, że na szkolenie na 5.30 musiałem jechać.
Wszystko ładnie pięknie, gdyby ze świerszczyka nie wyciekł cały olej. Szczęściem pod domem, więc nie musiałem kombinować z odstawieniem samochodu.
Na szkolenie nawet zdążyłem - mama mnie odwiozła Kangurem swego chłopa.
Przed południem pierdolnął nam piec w łazience - ciepłej wody brak, więc dzisiaj robię sobie dzień dziecka. Dobrze, że ciepło na dworze i nie trzeba ogrzewania włączać...
A wieczorem mamuśka wyłączyła telewizor z prądu i wysiadł prąd w całym mieszkaniu... narobiliśmy paniki w spółdzielni, żeby elektryka przysłali, bo korków nie wybiło i nie wiedzieliśmy co jest grane.
Na szczęście mój boski detektywistyczny umysł wpadł na pomysł, żeby włączyć wtyczkę z tv do kontaktu... no i prąd jest.
Będę musiał jutro w gniazdku pogrzebać, pewnie jakieś zwarcie się zrobiło czy cuś...
Z dobrych (?) wiadomości - MOB zapisał się na studia.
Niestety zaocznie, więc weekendy będzie miał zajęte. Teraz modlimy się, żeby zajęcia zgrały mu się z moimi weekendami cobyśmy mogli się spotkać od czasu do czasu.
Śnił mi się Wielebny. Pamiętam, że mnie pocałował, tak jakby na do widzenia. I oczywiście jakaś lampka mi się włączyła i tak się miotam, czy wysłać do niego smsa, żeby sprawdzić czy żyje, czy sobie odpuścić...
niedziela, 2 grudnia 2012
249
Boski we wtorek odebrał swojego świerszczyka. A może to była środa?
To nie istotne.
Na pytanie, dlaczego świerszczyk się spaprał, mechanik nie potrafił mi udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
Za to pokazał mi kolektor ssący. No pięknie go zmasakrowało. Powiedział, że miałem szczęście, że mi się samochód nie zapalił i życzył powodzenia...
Wracając Boski postanowił jechać DTŚką. Niestety gdzieś się zamotałem i trafiłem na A4, której nie cierpię.
Zawału prawie dostałem, gdy na skrzyżowaniu mi zgasł i usłyszałem charakterystyczne "PYK" [na szczęście nie "BUUUUUUUUUUUUUM"].
Ale posrany byłem totalnie, gdy na A4 słuchając GPSa nagle stwierdziłem, że dziwnym trafem jestem na drodze w kierunku Wrocławia, a wykręcić ni chu chu...
Na szczęście był zjazd na Katowice a potem na Gliwice, więc dałem radę.
Kożelanka szefowa pożarła się z behapówką na jednej z firm. Tak przez przypadek się dowiedziałem i napomknąłem Blondynie, że o co poszło.
No i wywaliła żale, że moja szefowa mówi, że jak coś to ma mi dać robotę, a ona, że nie jest od tego, żeby mi wydawać polecenia, bo nie jestem jej pracownikiem [ale o ile mi wiadomo, to jestem tam do pomocy więc nie widzę problemu], a że kożelanka szefowa czegoś tam nie zrobiła, i niby tłumaczyła się, że "Boski tego nie zrobił". A Boski nawet nie wiedział, że coś takiego trzeba było zrobić, bo przepływ informacji jest niewielki i raczej dowiaduję się tego, co mam zrobić [zresztą specjalnie mnie więcej nie interesuje - chcę wiedzieć co mam do roboty i swoje robić a nie się domyślać] itepe.
Pozostawię bez komentarza.
Na obronę kożelanki szefowej powiem, że ma sporo na głowie i wiele rzeczy robi na raz, przez co chyba sama momentami się gubi.
Ale to jej problem, dopóki mi nie daje zjebek za coś o czym pojęcia nie miałem to nie wnikam w szczegóły.
Odnośnie autka też się nie wypowiadam. Ale uważam, że jak samochód idzie do mechanika z dużą naprawą, to chyba można przy okazji było powiedzieć, żeby zrobił parę pierdołek, które Boski rozwalił? Przecież Boski może się później z tego rozliczyć?
Ale nie, bo po co, przecież Boski powiedział, że się zajmie zderzakiem i lampą, tylko kiedy miał to zrobić, skoro zaraz po tym do Warszaffffki musiał jechać a potem to się auto zjebało???
No a ten tydzień siedzę w Warszafffce i powtarzam sobie, że życie jest piękne i tej wersji staram się trzymać.
Niestety mam trochę zepsuty humor, bo wyliczyłem, że koniec świata spędzę w Warszaffffce [tak mi grafik wypada] albo w pociągu jeśli zacznie się po godzinie 15ej...
I po chu rolety w oknach montowaliśmy na 3 dni ciemności?? ;)
No bo jak przyjdzie co do czego, to pamiętajcie: pozamykać okna, pozasłaniać, zamknąć drzwi na klucz i NIKOMU nie otwierać.
Tak piszę, żeby nie było, że nie ostrzegałem ;)
[a w pociągu to co ja kurwa pocznę?? :|]
To nie istotne.
Na pytanie, dlaczego świerszczyk się spaprał, mechanik nie potrafił mi udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
Za to pokazał mi kolektor ssący. No pięknie go zmasakrowało. Powiedział, że miałem szczęście, że mi się samochód nie zapalił i życzył powodzenia...
Wracając Boski postanowił jechać DTŚką. Niestety gdzieś się zamotałem i trafiłem na A4, której nie cierpię.
Zawału prawie dostałem, gdy na skrzyżowaniu mi zgasł i usłyszałem charakterystyczne "PYK" [na szczęście nie "BUUUUUUUUUUUUUM"].
Ale posrany byłem totalnie, gdy na A4 słuchając GPSa nagle stwierdziłem, że dziwnym trafem jestem na drodze w kierunku Wrocławia, a wykręcić ni chu chu...
Na szczęście był zjazd na Katowice a potem na Gliwice, więc dałem radę.
Kożelanka szefowa pożarła się z behapówką na jednej z firm. Tak przez przypadek się dowiedziałem i napomknąłem Blondynie, że o co poszło.
No i wywaliła żale, że moja szefowa mówi, że jak coś to ma mi dać robotę, a ona, że nie jest od tego, żeby mi wydawać polecenia, bo nie jestem jej pracownikiem [ale o ile mi wiadomo, to jestem tam do pomocy więc nie widzę problemu], a że kożelanka szefowa czegoś tam nie zrobiła, i niby tłumaczyła się, że "Boski tego nie zrobił". A Boski nawet nie wiedział, że coś takiego trzeba było zrobić, bo przepływ informacji jest niewielki i raczej dowiaduję się tego, co mam zrobić [zresztą specjalnie mnie więcej nie interesuje - chcę wiedzieć co mam do roboty i swoje robić a nie się domyślać] itepe.
Pozostawię bez komentarza.
Na obronę kożelanki szefowej powiem, że ma sporo na głowie i wiele rzeczy robi na raz, przez co chyba sama momentami się gubi.
Ale to jej problem, dopóki mi nie daje zjebek za coś o czym pojęcia nie miałem to nie wnikam w szczegóły.
Odnośnie autka też się nie wypowiadam. Ale uważam, że jak samochód idzie do mechanika z dużą naprawą, to chyba można przy okazji było powiedzieć, żeby zrobił parę pierdołek, które Boski rozwalił? Przecież Boski może się później z tego rozliczyć?
Ale nie, bo po co, przecież Boski powiedział, że się zajmie zderzakiem i lampą, tylko kiedy miał to zrobić, skoro zaraz po tym do Warszaffffki musiał jechać a potem to się auto zjebało???
No a ten tydzień siedzę w Warszafffce i powtarzam sobie, że życie jest piękne i tej wersji staram się trzymać.
Niestety mam trochę zepsuty humor, bo wyliczyłem, że koniec świata spędzę w Warszaffffce [tak mi grafik wypada] albo w pociągu jeśli zacznie się po godzinie 15ej...
I po chu rolety w oknach montowaliśmy na 3 dni ciemności?? ;)
No bo jak przyjdzie co do czego, to pamiętajcie: pozamykać okna, pozasłaniać, zamknąć drzwi na klucz i NIKOMU nie otwierać.
Tak piszę, żeby nie było, że nie ostrzegałem ;)
[a w pociągu to co ja kurwa pocznę?? :|]
wtorek, 13 listopada 2012
247
Budzik wyrwał mnie ze snu grubo po godzinie 6. Akurat taki dzień, że nie musiałem się przed 5 zrywać. Jednak moja pierwsza myśl była 'Jak mi się dziś nie chce do roboty jechać'.
Nie chcem ale muszem, więc się zebrałem, wsiadłem w świerszczyka i ruszyłem na stację, bo benzyny ledwo ledwo a za nim się na gaz przełączy to chwilę trwa.
Zatankowałem, poszedłem do kasy, zapłaciłem, wróciłem się po fajki, wsiadłem do samochodu odpaliłem silnik...
Usłyszałem tylko 'BUM', zobaczyłem dym spod maski.
I nie wiedziałem czy wyjść i uciekać, czy chwytać za gaśnicę [która gdzieś się poniewiera].
Na szczęście pożaru nie było, odpaliłem jeszcze raz i już nie świerszczem a czołgiem udałem się do domu [jak dobrze, że to w mojej mieścinie się stało a nie na jakimś skrzyżowaniu chuj wie gdzie].
Nie będę nudzić jak to do domu dotarłem, dodam tylko, że hamulce też padły.
Byłem u mechanika i padł kolektor ssący czy coś takiego [że niby go rozerwało].
Kożelanka szefowa powiedziała, że nie naprawiamy.
Więc niech ona się teraz martwi, jak zabierze samochód do swojego mechanika.
Swoją drogą zastanawiam się ciągle DLACZEGO tak się stało.
No ale nie wiem.
Póki co korzystam z niespodziewanego wolnego dnia :)
Niestety w tym tygodniu będę musiał korzystać z komunikacji miejskiej.
Trochę mi się łikend przez to pokrzyżował, więc mam nadzieję, że pks w niedzielę o 7*30 pojedzie od MOBa...
Nie chcem ale muszem, więc się zebrałem, wsiadłem w świerszczyka i ruszyłem na stację, bo benzyny ledwo ledwo a za nim się na gaz przełączy to chwilę trwa.
Zatankowałem, poszedłem do kasy, zapłaciłem, wróciłem się po fajki, wsiadłem do samochodu odpaliłem silnik...
Usłyszałem tylko 'BUM', zobaczyłem dym spod maski.
I nie wiedziałem czy wyjść i uciekać, czy chwytać za gaśnicę [która gdzieś się poniewiera].
Na szczęście pożaru nie było, odpaliłem jeszcze raz i już nie świerszczem a czołgiem udałem się do domu [jak dobrze, że to w mojej mieścinie się stało a nie na jakimś skrzyżowaniu chuj wie gdzie].
Nie będę nudzić jak to do domu dotarłem, dodam tylko, że hamulce też padły.
Byłem u mechanika i padł kolektor ssący czy coś takiego [że niby go rozerwało].
Kożelanka szefowa powiedziała, że nie naprawiamy.
Więc niech ona się teraz martwi, jak zabierze samochód do swojego mechanika.
Swoją drogą zastanawiam się ciągle DLACZEGO tak się stało.
No ale nie wiem.
Póki co korzystam z niespodziewanego wolnego dnia :)
Niestety w tym tygodniu będę musiał korzystać z komunikacji miejskiej.
Trochę mi się łikend przez to pokrzyżował, więc mam nadzieję, że pks w niedzielę o 7*30 pojedzie od MOBa...
czwartek, 1 listopada 2012
246
Raz na jakiś czas odczuwam ochotę aby się kulturalnie napierdolić. W sensie napić, najebać, schlać.
Niestety z wiadomych względów mi nie wolno.
Inna sprawa, że nawet jak sobie pozwolę na lampkę wina to najczęściej dwa łyki i odstawiam bo mi zwyczajnie nie smakuje alkohol.
Starzeję się najwyraźniej ;)
Albo tak se zajarać jakieś zielone. Tylko nie ma z kim, nie ma gdzie i nie ma skąd wziąć.
Life is brutal.
Jutro z rana muszę do kożelanki szefowej podjechać po opony do mojego świerszczyka. Bo zima idzie i trzeba wymienić a kożelanka szefowa zapomniała to zrobić w zeszłym tygodniu [czyli pewnie jej się nie chciało].
Więc przy odrobinie szczęścia może jutro wymienię i jeszcze do MOBa pojadę na pół łikendu, bo w niedzielę znowu do tej wieśniackiej pipidówy jadę, a pipidówa stała się bardziej wieśniacka po tym jak ostatnio dupę zawracałem.
Nie wiem czemu ale dalej czuję niesmak.
Miałem się nie prosić o podwózkę ale i tak zadzwonię choćby po to, żeby musieli wymyśleć jakąś wymówkę aby odmówić, a jak podjadą po mnie to tym lepiej dla mnie.
W ogóle to dzisiaj rozwaliłem prawe światło przeciwmgielne, bo postanowiłem sobie zaparkować tyłem, no i musiałem do przodu podjechać, niestety krawężnik był ciutek za wysoki [tudzież samochód zbyt niski ;)] no i usłyszałem tylko 'HAARRRRRRAATTTT'. Cóż.... muszę się uczyć na czymś, a świerszczyka mamy się pozbyć po zimie, więc może jakoś przetrzyma.
No a za 2 tygodnie MOB ma urodziny. 30tka mu stuknie. W ramach prezentu kupiłem mu wszystkie odcinki Allo, Allo, bo śmiechoterapia myślę dobrze mu zrobi.
Swoją drogą ciekawe jak zareaguje, zwłaszcza, że spodziewa się iż dostanie ode mnie jakąś "fajną koszulkę" :P Bo koszulka to był plan A, gdyż nie miałem pomysłu na prezent [a trzeci rok z rzędu kupować mu kolejną płytę japońskiego wokalisty, którego imienia już nie pamiętam, to chyba przesada]. A potem cudowny Merlin.pl przysłał mi newslettera z promocją na wszystkie sezony Allo, Allo więc pomyślałem sobie: czemu nie?
Niestety z wiadomych względów mi nie wolno.
Inna sprawa, że nawet jak sobie pozwolę na lampkę wina to najczęściej dwa łyki i odstawiam bo mi zwyczajnie nie smakuje alkohol.
Starzeję się najwyraźniej ;)
Albo tak se zajarać jakieś zielone. Tylko nie ma z kim, nie ma gdzie i nie ma skąd wziąć.
Life is brutal.
Jutro z rana muszę do kożelanki szefowej podjechać po opony do mojego świerszczyka. Bo zima idzie i trzeba wymienić a kożelanka szefowa zapomniała to zrobić w zeszłym tygodniu [czyli pewnie jej się nie chciało].
Więc przy odrobinie szczęścia może jutro wymienię i jeszcze do MOBa pojadę na pół łikendu, bo w niedzielę znowu do tej wieśniackiej pipidówy jadę, a pipidówa stała się bardziej wieśniacka po tym jak ostatnio dupę zawracałem.
Nie wiem czemu ale dalej czuję niesmak.
Miałem się nie prosić o podwózkę ale i tak zadzwonię choćby po to, żeby musieli wymyśleć jakąś wymówkę aby odmówić, a jak podjadą po mnie to tym lepiej dla mnie.
W ogóle to dzisiaj rozwaliłem prawe światło przeciwmgielne, bo postanowiłem sobie zaparkować tyłem, no i musiałem do przodu podjechać, niestety krawężnik był ciutek za wysoki [tudzież samochód zbyt niski ;)] no i usłyszałem tylko 'HAARRRRRRAATTTT'. Cóż.... muszę się uczyć na czymś, a świerszczyka mamy się pozbyć po zimie, więc może jakoś przetrzyma.
No a za 2 tygodnie MOB ma urodziny. 30tka mu stuknie. W ramach prezentu kupiłem mu wszystkie odcinki Allo, Allo, bo śmiechoterapia myślę dobrze mu zrobi.
Swoją drogą ciekawe jak zareaguje, zwłaszcza, że spodziewa się iż dostanie ode mnie jakąś "fajną koszulkę" :P Bo koszulka to był plan A, gdyż nie miałem pomysłu na prezent [a trzeci rok z rzędu kupować mu kolejną płytę japońskiego wokalisty, którego imienia już nie pamiętam, to chyba przesada]. A potem cudowny Merlin.pl przysłał mi newslettera z promocją na wszystkie sezony Allo, Allo więc pomyślałem sobie: czemu nie?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

