Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszafffka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszafffka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 marca 2019

383

Z cyklu (nie)boskie dylematy:


Dworzec Wschodni, czekam na pociąg do Gliwic, odjazd godz. 16.14. 
Na tablicy wyświetlane są pociągi, zbliża się godzina odjazdu, mojego ni chu chu. Sprawdzam bilet - jak byk godz 16.14. Patrzę na rozkład, czytam, szukam, nie ma mojego pociągu. Wchodzę na rozkład internetowy, a tam odjazd godz. 15.54. 
Wkurwiony idę do informacji, łysina trochę mi zarosła szczeciną, więc włos zjeżony, mord w oczach, mówię pani, że na bilecie odjazd 16.14 a okazuje się, że pociąg odjechał o 15.54. 

Pani sprawdza bilet i mówi:

- Bo bilet jest ze stacji Warszawa Centralna a nie Wschodnia....



Dobrze, że mam gdzie spać.


Kurtyna.

czwartek, 5 kwietnia 2018

380

Spodobał mi się w zasadzie od pierwszego wejrzenia. Przystojny i sympatyczny. Do tego miał to coś, co mogłoby sugerować, że jest od 'nas'.
Tym bardziej, że chłopak na recepcji w firmie to raczej rzadki przypadek (przynajmniej ja się nie spotkałem, oprócz hoteli).

I jak ten idiota zagadywałem, rzucałem żartami. W pewnym momencie zacząłem kombinować, może na kawę zaprosić, a może wręczyć mu pamiątkę z Gdańska...

Tylko jak już zbierałem w sobie odwagę, to się okazywało, że coś jest nie tak - a to na recepcji co chwilę ktoś się kręci, a to z rana, gdy jeszcze ruch mały przychodzi druga recepcjonistka (jakież to było rozczarowanie, gdy zobaczyłem, ją a nie Jego - jak się okazało - wymieniają się, raz jedno na 8 przyjdzie raz drugie).

A dzisiaj wparował akurat do sali, gdzie miałem szkolenie (już sam byłem). Zagadałem o święta, zapytałem ile zajęcy złapał (żadnego ;)).
No ale kawy nie zaproponowałem.

W końcu przed 9 nim kolejne szkolenie miałem zacząć, pod pretekstem pieczątek i odbioru listów, w pewnym momencie wypaliłem:
- Nie obrazisz się jak Ci zadam pytanie?
- Nie ...
- Gdybym Ci zaproponował wypad na kawę lub piwo, co byś powiedział?

Spojrzał i tym swoim spokojnym, łagodnym głosem odpowiedział:
- Nie dzięki, mam dziewczynę... Ale kiedyś po koleżeńsku to czemu nie.
- Aha, spoko - uśmiechnąłem się, podałem faktury i poszedłem.

Matko, czułem się jak kretyn roku, dosłownie król żenady. 
Dobrze wiem, że to 'po koleżeńsku' nigdy nie nastąpi.

ALE... nie straciłem dobrego humoru. Siedzi to we mnie, ALE zaczęło docierać do mnie, jak bardzo zmieniłem swoje podejście do życia przez to, co się działo w ostatnich miesiącach.

I nie żałuję, bo czasami trzeba zaryzykować (nawet jeśli jutro mnie wezwą na dywanik i zwolnią za molestowanie HA HA).

...

W zasadzie miałem go już w zeszłym roku, nawet rozmawiałem z kożelanką szefową. Ale za chwilę wyskoczyła jej ciąża, potem pojawił się Młody i miałem nadzieję, że jakoś może ta Warszafffka się ułoży.

W końcu "zawsze jest jakiś plan B".

Czas zacząć go powolutku realizować....

sobota, 22 lipca 2017

373

Zmiany, nawet dużo zmian. 
Szefowa zaciążona, termin na październik. Póki co pracuje, ale większość obowiązków już przejmuję.
Koleżanka z własną działalnością też zaciążona, termin na grudzień.
"Boski, ale co Ty się martwisz, przecież to jej problem co zrobi ze swoimi firmami" - jako rzekła szefowa.
I taki to problem, że ja je przejmuję.

Więc szykuje się jazda na 3ech etatach. Byłoby spoko gdyby nie Warszawa. Tydzień w stolicy, tydzień w domu i wiecznie na walizkach. Niby powinienem się przyzwyczaić ale coraz bardziej mnie to irytuje.

Wyprowadziłem się z 'akademika'.
Jeden przystanek dalej, jest nas 3ech (a było 6 cioro na poprzednim) i kundelek. Milutki, cieszy się za każdym razem gdy z pracy wracam...
Solaris w moim wieku ("Ja lubię swoją opaleniznę i lubię się opalać") i z mojej branży, więc przynajmniej swobodnie można rozmawiać. 
Drugi mieszkaniec to jego emerytowany krewny. 
Alkoholik. 
Zorientowałem się już przy drugim pobycie, że coś z nim nie tak.
Póki dupy nie zawraca i burd nie robi nie przeszkadza mi.
Siedzi w swoim pokoju, ogląda tv (na szczęście nie tą reżimową), chleje piwo i gnije od środka.
Straszna egzystencja.

A z tych bardziej pozytywnych wieści - zawsze, gdy chodziłem do Parku Szczęśliwickiego z zazdrością patrzyłem na tych wszystkich rolkujących ludzi.
Już w zeszłym roku planowałem rolki, ale po obejrzeniu filmów na YT dla początkujących stwierdziłem, że się zabiję i kupiłem rower.
Ale nie zrezygnowałem z rolek i powiedziałem, że przynajmniej spróbuję.
No i po 2-óch miesiącach umawiania się z koleżanką z pracy poszliśmy z rolkami jej męża i jej córami, żeby 'pośmiać się z wujka'.
Spodobało mi się, zaraz zamówiłem rolki dla siebie.
Jeżdżę na poziomie profesjonalnego amatora poziom minus jeden, czyli staram się nie zabić i nie zabić innych. Ale jeżdżę, upadam, wstaję.
Dzisiaj glebę zaliczyłem, boli mnie lewa ręka, chyba stłukłem lub nadwyrężyłem (nie puchnie więc raczej nic poważniejszego).
I tak jutro pójdę. Z rana, bo mało ludzi i można spokojnie po placu pojeździć.
Największą satysfakcję mam, że miałem jakiś cel, który osiągnąłem, coś założyłem i to zrobiłem.

Teraz trzeba znaleźć inny cel. Tylko jaki?

(wypełnić serce)

poniedziałek, 19 grudnia 2016

370

W sumie, to nie bardzo wiem czy chcę o tym pisać lub też JAK o tym napisać...
Powiedzmy, że moja 'rozpusta' została pokarana.

Te AŻ 4 przygody, które miałem zawsze w jakiś sposób były dziwne (zwłaszcza ta ostatnia). I niemal zawsze towarzyszyło mi uczucie, że takie wyskoki to jednak nie dla mnie.

2 tygodnie po pamiętnym wyruchaniu grubaska na oczach jego kota poszedłem zrobić sobie testy na hiv. Anonimowo, wynik po 30 minutach, jednak pani psycholog (?) powiedziała, że zrobi mi tradycyjny test, bo ostatni kontakt miałem 2 tygodnie wcześniej i robię go po raz pierwszy (szybkie testy mają jakiś minimalny procent błędu).
Także weekend minął mi nieco w niepewności. Niby ryzyko niskie, kontaktów z płynami moich partnerów w zasadzie nie miałem no ale...
W poniedziałek wynik odebrany, ujemny (czyli zdrowy jestem). Ulga mimo wszystko.

I tak, we wtorek wieczorem wróciłem z Warszafffki do domu...
Dzwoni telefon na mój prywatny numer. Pan z Policji w Warszawie powiedział, że musi mnie wysłuchać. O co chodzi - nie mógł przez telefon powiedzieć. 
Umówiłem się na następny tydzień, bo akurat miałem być w stolicy...

Znowu tydzień zastanawiania się o co chodzi. Jakiś wypadek? To by do firmy pisemne zawiadomienie wysłali. Ktoś mnie za świadka podał? Ale nic się nie działo co bym pamiętał.

Z głupia franc do kożelanki szefowej rzuciłem tekstem, że pewnie grubasek coś wymyślił, bo nie chciałem znajomości kontynuować. Kożelanka szefowa się śmiała, bo przecież co koleś mógł wymyślić?

Stawiłem się na komendzie, z samego rana. Wyszedłem 3 godziny później.
- Panie Boski, czy zna pan pana Grubaska z kotem?
- A mieszka w stolycy?
- Tak.
- To wiem o kogo chodzi.
- Grubasek z kotem twierdzą, że ukradł pan jego telefon.
- Że co proszę?

Ponieważ spodziewałem się numeru ze strony Grubaska z założenia wiedziałem, że będę mówić WSZYSTKO co się działo. I jak panom policjantom powiedziałem, że się na seks spotkaliśmy to chyba trochę ich zaskoczyłem. Jeden rzucił tekstem, że sam sobie wziąłem telefon w ramach 'gratyfikacji'. Ale za chwilę zapytali czy spotkanie miało jakiś konkretny cel - tak, dla przyjemności.

No i mnie maglowali. Przeszukali (jak pan policjant założył gumowe rękawiczki to się wystraszyłem, że będzie tego telefonu w mojej dupie szukać...).
Pojechaliśmy na przeszukanie mojego pokoju. Nie, nakazu nie mieli. Sam się zgodziłem. Adwokata też nie chciałem. 
Moment niepewności miałem, jak jeden zadał mi pytanie "A co jak znajdziemy telefon w mieszkaniu?". Zacząłem podejrzewać, że to koledzy i zwyczajnie mi go podrzucą (za dużo telewizji....).
Pojechaliśmy, przeszukali. Wróciliśmy, spisali protokół.

Potem jeszcze przesłuchanie przez ostatniego policjanta. "Panowie byliście sami czy ktoś jeszcze był?"
- Tylko my dwaj. No jeszcze kot, ale on się chyba nie liczy...
Powiedziałem, że gościu pił wódkę, ale nie wydawał się jakoś pijany, żeby nie kontaktować co się dzieje. Wciągał jakąś substancję z małej buteleczki, chyba poppers, pytałem jak działa, powiedział, że rozluźniająco.
- Rozluźniająco na odbyt czy jak?
- Nie wiem, nie dopytywałem, sam nigdy nie próbowałem.

Po zakończeniu pytałem, czego mogę się spodziewać. Niczego. Słowo przeciwko słowu. Poza tym, chwilę przed moim przesłuchaniem, policjant dzwonił do gościa i grubasek zaczął w zeznaniach plątać.

Czyżby nie miał jaj, żeby powiedzieć, iż go w dupę rżnąłem a jego kot to widział?

Po wyjściu z komendy zadzwoniłem do szefowej - Masz 10 tyś, żeby wpłacić za mnie kaucję? - CO? Ale jak? Co zrobiłeś? Czekaj! - Spokojnie, tylko żartuję.

Podjechała po paru minutach po mnie. Tak czekając na nią, widziałem blok w którym grubasek i jego kot mieszkają. I słowo daję, pierwszy raz byłem tak wkurwiony na kogoś, że chyba bym rozszarpał gołymi rękami, gdyby się nawinął.

Na plus mogę powiedzieć, że panowie policjanci bardzo profesjonalnie się zachowywali. Nie byli chamscy wiedząc, że jestem gejem, zero homofobii. Po prostu robili swoje (znowu za dużo tv i seriali....).

Weekend w domu. Grypsko zaatakowało, na szczęście w czwartek bez problemu dostałem się do lekarza (i obok komunikacji miejskiej, przychodnie to kolejna rzecz, którą uważam, że jest dobrze zorganizowana w Warszafffce - u siebie w dniu mojego wyjazdu do Wawy nie miałem szans na dostanie się do lekarza).
W czwartek jeszcze o imprezę firmową zahaczyłem, ale po 2 godzinach zmyłem się do domu.
W piątek ledwo miałem siłę ruszyć się z łóżka. Chorowanie na obczyźnie, będąc samemu to jednak nic przyjemnego.

Juto powrót do domu.
Najchujowsza końcówka roku w moim życiu.

No ale... takie... życie.

Najbardziej przykre, że od czasu spotkania z grubaskiem nie mam ochoty na jakiekolwiek kolejne. I to nawet na kawę.

niedziela, 20 listopada 2016

369

Notka przeznaczona dla czytelników dorosłych i o poglądach lekkich obyczajów.

Otóż. Boski jest sobie w Warszafffce (ja poproszę częściej 3 dni kroplówek, przynajmniej człowiek staje na nogi).
Swoim zwyczajem, gdzieś tam siedzi i jednym kątem oka obserwuje portale.
No bo przecież trzeba dać szansę.

Przed 22 leży w piżamce, dostaje wiadomość z zaproszeniem na małe tete-a-tete czy jakoś tak.
Na zdjęciu kolo wygląda całkiem ok, w sumie co mu szkodzi.

Jakąś godzinę później już u niego, okazuje się, że ma trochę zaniżone gabaryty w opisie. No dobra, nie wygląd się liczy.

Ale słowo daję, wyruchać grubaska na oczach jego kota to chyba najdziwniejsza rzecz jaka mnie do tej pory spotkała.

Potem jeszcze wysłuchałem przez godzinę historii o śmierci jego dwóch przyjaciół i na zakończenie uraczył mnie opowieścią o dokumencie na temat wykorzystywania 9 letnich chłopców w Pakistanie.
Aha. I kiedyś był pastorem. Ale zrezygnował ze względu na swoją orientację.
Przynajmniej nie jest homohipokrytą.

Chyba na twarzy mam wypisane "Telefon zaufania" albo coś w ten deseń, bo tylko ludzi z problemami poznaję...

czwartek, 8 września 2016

365

Tak się zbierałem do pisania i zbierałem... Co nieco ciekawych rzeczy się przytrafiło.

Jakiś czas temu spotkałem się z kumpelą. 16 lat się nie widzieliśmy. Więc było co nadrobić. Twarzowo nic się nie zmieniła za to ciałka przybyło ;) I ma zdecydowanie więcej poczucia humoru i uśmiechu.

Następna sentymentalna podróż - spotkanie z Wielebnym. 8 lat. Pogadaliśmy w zasadzie o tym, co się dzieje, zjedliśmy dobry obiad i rozeszliśmy...
Ani nie zakochałem się na nowo (niedoczekanie!), ani nie obudziły się we mnie jakieś żale (zapomniałem zabrać arszenik...).
Wyraźnie dałem mu do zrozumienia, że na moją dupę nie ma co liczyć (ale może mi swoją oddać =]). Teraz wnioskuję, że mu się znudziłem w takim razie, bo nawet na Whats'ap się nie odzywa. No cóż, typowy homik. Po spotkaniu koniec odzywek... Widocznie zabawniejsze jest wyrywanie przypadkowych kolesi.

A propo homików. To z jednym wybrałem się do kina w Warszafffce. Sausage Party. Humor klozetowy ale mi się podobał. Kolega sympatyczny, ale totalnie nic wspólnego nie mamy (książek nie czyta, do kina nie chodzi - podobno nie ma z kim, powiedziałem, że kiedyś znowu go wyciągnę, w żadne gry nie gra - bo nie ma komputera /ło jezusicku!/. Za to chodzi na siłownię - co widać :D - i na klabingi żeby się odstresować. No tak...).

Największa chyba niespodzianka. Wybrałem się na Pola Mokotowskie - ot połapać pokemony i przy okazji pozwiedzać. Kumpel się odezwał. 17 lat gdy ostatni raz się widzieliśmy. Szybkie umówienie na kawę, totalnie spontanicznie. W sumie nagadać się nie mogliśmy. Też zupełnie inny człowiek, niż go zapamiętałem. Bardziej wyluzowany i nie tak jak kiedyś buc, bo do Warszafffki się przeprowadził.

No i jeszcze spotkanie z kuzynką. Jakoś zawsze brakowało czasu. Akurat z urlopu wróciła, rodzinka została jeszcze nad morzem, więc mogliśmy spędzić czas przy piwie, pizzy, drinkach, wygłupach i gadaniu. Strasznie mi tego brakuje, zanim rodzinę założyła mieliśmy zdecydowanie częstszy kontakt... to się chyba dorosłość nazywa.

Urlop spędzony w domu. W planach był wyjazd do kuzynki na mazury, ale przy okazji rozmowy jakoś nie potrafiła się określić czy mogę przyjechać czy nie, więc na siłę nie będę się wciskać...
Miałem ambicję, aby nauczyć się jazdy na rolkach. Jednak po obejrzeniu filmików dla początkujących na youtube stwierdziłem, że pewnie się wypierdolę i zabiję - zrezygnowałem.
Za to rower kupiłem. Bez szaleństw, ale czasami na przejażdżkę się wybiorę. Oczywiście zaliczyłem glebę do rowu, ale przeżyłem nawet bez zadrapania. W końcu behape ponad wszystko ;)

niedziela, 3 lipca 2016

363

Druga nocka w nowym mieszkaniu nawet przespana.
Generalnie odczucie mam takie, że każdy jest tu sam sobie. Siedzi w pokoju, wychodzi jedynie zrobić coś do jedzenia, ewentualnie do kibla/łazienki.

Wieczorem wrócił współlokator z naprzeciwka. Sympatyczny i komunikatywny. Nawet potwierdził moje odczucia, co jemu samemu nie koniecznie pasuje. Odpowiedziałem, że moje drzwi są zawsze otwarte ;) chyba, że przeciąg je zatrzaśnie
Jego dziewczyna jest z Katowic, więc dodatkowa nić porozumienia.

Poza tym wychodzi na to, że mieszkam w akademiku. Sami studenci, biegający albo na uczelnię albo do pracy póki nie zaczną na mnie ojciec wołać, póty jest ok.

Okolica jest kapitalna. Spacerkowe 5 minut do parku, który tak mi się podoba, że wczoraj byłem 2 razy. Po południu - z kindlem w plecaku i wieczorem - z telefonem. Miałem potrzebę pogadania z kimś...



Dzisiaj wybrałem się na prawie 1,5 godzinny spacer. Park jest bardzo duży. Nie wiem dlaczego, ale dobrze się tam czuję.
Tylko momentami, spacerując alejkami, spoglądając na okolicę, jakoś mi się tak smutno na duszy robiło...




czwartek, 30 czerwca 2016

362

Wczoraj po przyjeździe do Warszaffffki z kożelanką szefową pojechaliśmy obejrzeć dwa pokoje.
Jeden bardzo blisko centrum, drugie w Wilanowie.

Nie spodobało mi się. Na pytanie kożelanki szefowej co mi się nie podoba nie potrafiłem odpowiedzieć... "Bo Ty sam nie wiesz czego oczekujesz. Co byś chciał? Żeby chlebem i wodą Cię witali?".

Wieczorem, w motelu, znowu przeglądanie ofert, linki od kożelanki szefowej. Wybrałem trzy. Trudno, muszę coś wybrać, żeby faktycznie bezdomnym nie zostać.

Dzisiaj umówiłem się na te 3 miejsca.
Pojechałem na pierwsze. 5 minut od pracy autobusem. Starszy jegomość, sympatyczny. Mieszkanie...cóż, pokój bardzo duży, ładny, spodobał mi się. Kuchnia i łazienka już niekoniecznie.
Jak powiedziałem, że potrzebuję umowę albo przynajmniej weksle potwierdzające wpłatę, Starszy jegomość zaczął się zastanawiać, bo to by podatek musiał odprowadzać. Wyraźnie wyczułem, że musiałbym to dopłacić. Jak przeliczyłem, stwierdziłem, że za tą cenę można znaleźć o wiele lepszy standard, ale w ostateczności jak mus to mus.

Zawsze gdy jechałem trawajką z dworca czy to na dworzec, przejeżdżając przez jedną z dzielnic myślałem sobie, że fajnie byłoby tu mieszkać, gdzieś w okolicy...

Udałem się w miejsce nr 2. Wysiadłem z trawmajki. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo to właśnie ta okolica. Parę minut do spotkania, wszedłem w ulicę, chwilę pospacerowałem... i zakochałem się w tym miejscu. Do kożelanki szefowej sms "Jak to miejsce nie wypali, to się zwalniam. Pytałaś czego mi wczoraj brakowało, właśnie tego:


Wczorajsze miejsca wywoływały u mnie poczucie depresji, co w moim przypadku raczej nie jest wskazane ;)

Byłem gotów bez wchodzenia i oglądania pokoju brać w ciemno, byleby tutaj. Pokój obejrzałem i nawet się nie zastanawiałem.

Co prawda w umowie rezerwacyjnej jest zapis, że mogą odstąpić od podpisania umowy wynajmu bez podania przyczyny, więc 100% pewności nie mam, ale może drugi raz numeru mi nikt nie wywinie... ;)

Nawet specjalnie nie interesuje mnie, kto tam mieszka. Ważne, że jest TUTAJ. Szczęśliwice. Może w końcu lokalizacyjne szczęście przynajmniej będzie się mnie trzymać.

W tramwajce, opowiadając kożelance szefowej o miejscówie tak mi się ryj cieszył i taki entuzjazm się ze mnie wylewał, że ludzie gapili się na mnie jak na debila. 

A niech się gapią :)

poniedziałek, 27 czerwca 2016

361

Wygląda na to, że z nową miejscówką do zamieszkania zostałem nieźle wychujany.

Dałem ogłoszenie, że szukam pokoju - wiadomo, wśród 'swoich' przynajmniej głupich pytań nie będzie. Laska, o której poprzednio pisałem odezwała się. Pokój obejrzałem, wszystko ok. Biorę.

W sobotę dostaję smsa, czy dalej jestem zainteresowany. Tak, jestem. Dzownię do laski podpytać się o klucze, nie odbiera. W niedzielę wysyłam smsa, kiedy klucze można odebrać, ta mi odpisuje, że 'z właścicielem ustaliliśmy, że on się będzie z Tobą kontaktować'.

No dzięki kurwa za info (na pytanie kiedy mogę się spodziewać odezwu cisza).
Dzisiaj wysłałem jej smsa z prośbą, żeby przekazała właścicielowi, iż proszę o kontakt dzisiaj, bo w środę przyjeżdżam i nie chcę na lodzie zostać.
"Ok, wyślę mu smsa".

No i dupa. Tzn. cisza. Co prawda do północy daleko ale póki co mam wkurwa i zastanawiam się co zrobić, czy zabukować sobie motel, czy jutro dzwonić, niech kożelanka szefowa ogląda czy jaki chuj?

Umiesz liczyć? .......

niedziela, 19 czerwca 2016

360

Spojrzałem rano w lustro. Ryj zarośnięty, od piątku nie golony. Zaczynałem podejrzewać, że już śmierdzę - jak w sobotę rano wstałem, tak dopiero dzisiaj koło południa wyskoczyłem z piżamy.
Niechybny znak, że trzeba z domu się ruszyć, aby w depresję nie wpaść.




To mój ostatni pobyt na obecnym mieszkaniu. Szukam innego lokum, współlokator postanowił wrócić do żony. Żona myślę, że jest nieco pojebana skoro wywala męża z domu a gdy ten znajduje sobie mieszkanie chce, żeby jednak został do nas nie chce przyjść, bo się 'przyzwyczaiła'. Trochę to dla mnie absurdalne, stąd oboje mają znacznie bliżej do pracy.
Zastanawiam się, czy nie szukać lokum z kimś 'ze swoich'. Napisałem do jednej laski, ma pokój do wynajęcia w fajnej dzielnicy, ale okazuje się, że lesbijki są jak geje - nie odpisują na wiadomości albo takie mam po prostu szczęście.

Dziwnym jest, że lepiej czuję się będąc tutaj w pracy. Może przez to, że ludzie się kręcą, czasami można się do kogoś odezwać.
W domu tak jakoś smutno (chociaż na współlokatora nie mam co narzekać. Jakoś się dogadywaliśmy przez te 2 miesiące bez problemu).

A na przygody jakoś nie mam ochoty. Zdarzyło się raz (no, 1,5-raza, ten pół razu to ciężko nazwać nawet seksem) i wystarczy 
bo finał był trochę żenujący?
Może kiedyś, znowu 
gdy będę wystarczająco sfrustrowany

Dobrze, że desperatem nie jestem.
Czasami Wielebny mnie wkurza, jak pisze, że wracając z pracy spotkał się z jakimś kolesiem tak na prawdę to chuj mnie to obchodzi
Albo zamiast na obiad, w przerwie w pracy, poszedł na...

- A testy na hiv to jak często sobie robisz? - pytam, któregoś razu.
- Raz na pół roku.
- Przy Twoim trybie rozpusty to zdecydowanie za rzadko.

Pamiętam, gdy jeszcze byliśmy razem, dawno, dawno temu był na 'nie' przelotnym przygodom, nie mówiąc o byciu w otwartym związku.
Jak widać ludzie się zmieniają. 

Nie wiem czy na lepsze.

niedziela, 15 maja 2016

357

Dziś mały drink. Takie celebration, bo przeżyłem w zasadzie swoją pierwszą 'przygodę'. Stwierdziłem, raz kozie śmierć, przecież jestem sam.


Taaaakie ciacho się trafiło... sympatyczny, przystojny, komunikatywny. Aż trochę żal, że to przygoda.

Ale była mi potrzebna. Czuję się taki.... wolny. 
I wreszcie przypomniało mi się, co to znaczy normalnie się całować, podobno nawet dobry w tym jestem (boski? ;)).

niedziela, 10 kwietnia 2016

355

Zmiany, zmiany, zmiany...

Rozpocząłem życie na pół etatu w Stolycy.
Nawet pokój mam wynajęty z kumplem (żona z domu go wywaliła. Jak znalazł mieszkanie to jej się odwidziało i już by chciała wrócić...).
W sensie, że mieszkanie z kumplem, pokój mam osobny ;)

Gdzieś tam, podczas ferii weekend spędzony w górach.
Cisza, spokój... nic tylko wygrać parę milionów, kupić domek i mieć wszystko w nosie...



Święta sympatycznie, dziecię rośnie i ciągle tylko wujek, wujek, wujek...



Jedynie z MOBem ciągle tak samo, bez zmian, bez emocji... a ja nie mam jakoś serca aby to uciąć.
Chyba z miesiąc się nie widzieliśmy, zwykle ciągle coś mi w weekendy wyskakiwało, a tu święta, a tu brak samochodu (swoją drogą stoi na warsztacie i jestem ciekawy co z niego będzie)...
Tylko problem w tym, że mi nie zależy.
Przed rozstaniem żyliśmy jak przyjaciele, teraz po zejściu też żyjemy jak przyjaciele, chyba tak byłoby najlepiej.
Z drugiej strony jak to Wielebny mi napisał "Przynajmniej ktoś jest".

No właśnie. "Ktoś".

sobota, 7 listopada 2015

352

To bardzo miłe gdy wszyscy dookoła pokładają we mnie więcej wiary niż ja sam.
Ciekawi mnie tylko, czy wiedzą, jaka to dla mnie presja i stres, no bo przecież co jeśli jednak nie podołam?

Faktem jest, że z nożem na gardle jestem wręcz cudotwórcą... ale...

W poprzedni piątek kożelanka szefowa poleciała do juesej. Na godzinę przed odlotem dowiedziała się, że w przyszły czwartek i piątek jest bardzo ważny audyt dla firmy, w większości dotyczący bhp (i wszyscy kurwa wielce zdziwieni, że jej nie będzie, bo jak to? na urlop wyjechała? Przecież ona zawsze na każde zawołanie była...).

I tak miniony tydzień spędziłem w Wawie. W poniedziałek w nocy spać nie mogłem, dreszcze, raz zimno, raz gorąco, zbierało mi się na wymioty i co 10 minut sikanie. Bolało jak diabli, nad ranem krew.
We wtorek w południe urwałem się z pracy do lekarza, zapalenie pęcherza (parę dni wcześniej jelitówka, prawdopodobnie bakterie przeskoczyły sobie na pęcherz). "Mam dziwne wrażenie, że l4 to pan nie chce..." - Bo ja tu pani doktor nie jestem zatrudniony tylko na śląsku, l4 tu mi nic nie pomoże - "Pan to ma tą pracę zupełnie pokręconą".

Na szczęście antybiotyk już po 6 godzinach zaczął pomagać. Ogarnąłem nieco dokumentów. Zrobiłem pogrom na produkcji (syf, kiła i mogiła, bo kożelanka szefowa tak zawalona robotą, że nie miała czasu w ubiegłym miesiącu robić przeglądy), w piątek przed moim powrotem nawet w miarę wyglądało.

Teraz przeraża mnie jedynie dokumentacja. Mamy całą szafę z segregatorami z dokumentami, w których niemal w ogóle się nie poruszam, jeszcze dochodzi ochrona środowiska, z którą też niewiele mam wspólnego.
A dyrektorka haeru zdziwiona, że pracuję i nie mogę w przyszłym tygodniu być cały tydzień. Uświadomiłem ją, że tak na prawdę mój pobyt w Wawie to tylko koszty. "No będziemy musieli wymyślić jakieś rozwiązanie, bo dwie hale dla kożelanki szefowej to jednak dużo".
Czasu na rozpoznanie dokumentów raczej już nie mam - w środę przyjazd wieczorem, w czwartek gdzieś na 6 do pracy, znowu halę przypilnować, uzupełnić parę dokumentów i od 9ej audyt.

Sobotę spędzam w łóżku. Myślałem, żeby do MOBa się wybrać, ale nie mam sił.

Nie myślę o niczym, a przynajmniej tak sobie wmawiam, że nic mnie nie obchodzi...

A tu pozdrowienia od kożelanki szefowej:



Ah i jeszcze przecież ręce mi spierzchły, zaczerwieniły, piekły po umyciu, teraz skóra popękana i powysychana mimo stosowania kremu nawilżającego do rąk.

piątek, 11 września 2015

345

Z cyklu: "Nie-boskie dylematy".

O tym jak to Boski pierwszy raz pojechał do samego centrum stolycy pisał nie będę. Prawie się zesrał, ale jakoś zajechał, znalazł miejsce parkingowe, trafił gdzie miał trafić.
Szkolenie z I pomocy przeprowadził (4 sympatyczne panie, w tym jedna, która od teraz będzie chyba miała na firmie ksywkę "usta-usta").
Do rzeczy. Tzn do nie-boskich dylematów.

Boski zjechał windą na parter (o windach to osobna notka mogłaby powstać), wyszedł z windy - leci do bramki żeby wyjść, bramka oczywiście zamyka mu się przed nosem (w końcu wspominałem, że o windach osobna notka mogłaby powstać).
Podchodzi pan ochroniarz, otwiera pikaczem bramkę. Patrzy na podejrzaną torbę w boskiej ręce (z fantomem).
A co to? Gitara?? - (Ukulele kurwa w wersji XXL - pomyślał Boski)
- TO? Fantom... albo zwłoki jak kto woli...
- Aha... no to fajnie, miłego dnia życzę.
Boski wyszedł z budynku, po chwili słyszy, że ktoś biegnie i woła:
- PRZEPRASZAM!! - odwraca się, ochroniarz biegnie do imć Boskości (pewnie rowerek ze zwłokami dojechał - przeszło przez myśl) 

- Przepraszam, może mi pan jeszcze raz powiedzieć co to jest?? (zwłoki? - podpowiedział boski umysł)
- Fantom...
- A czy ja mógłbym zobaczyć?
- Noo... pewnie, ale to może do budynku wrócimy, żeby nie robić wiochy na wsi...
W budynku, koleś ogląda, podpytuje, w końcu gdy zaspokoił ciekawość mówi:
- Ja bardzo pana przepraszam, że tak zawróciłem, ale po prostu jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś tu był z takim sprzętem...

Boski tylko zapomniał zapytać, czy koleś chce sobie zrobić słit focię z fantomem...
A taki widoczek był z okna...

piątek, 3 lipca 2015

333

Boski na urlop zasłużył? Zasłużył.
W środę wieczorem pakowanie walizki. W łazience spadła mi półeczka, stwierdziłem, że to znak, iż będą pewnie przygody w podróży.
Zapobiegawczo w czwartek wyjechałem po 5ej.
Trzeba było samochód do Wawy odstawić i stamtąd na Mazury do kuzynki.


Droga do Częstochowy super, na spokojnie, ruch przyzwoity bez długiego czekania na światłach. Kolejny postój 100km przed Warszafffką (tam gdzie mnie obrobili i mniej więcej tam, gdzie swego czasu kapcia złapałem). Świetnie, jak tak dalej pójdzie to będę miał 2h do pociągu.



40km przed Warszafffką korek, samochody stoją, ludzie wychodzą na zewnątrz i się opalają... (Tir zdaje się z dostawczakiem się zderzył, 1 ofiara śmiertelna, droga zablokowana).

Godzina stania w korku, myślę sobie - nie zdążę, już w głowie kombinuję przebukowanie biletu. Ale panowie kierowcy zaradni, zdemontowali barierkę na asfaltówkę poprowadzoną na przełaj (kończyła się też na barierce, podejrzewam, że kiedyś zrobią zjazd w tym miejscu), kilka metrów po polu i wjechało się na drogę...
Z godzinnym zapasem dotarłem do stolycy, wsiadłem w pociąg, zajechałem do Olsztyna.
No to godzinka do pociągu, wychodzę zapalić przed dworzec. Palę sobie, podchodzą panowie strażniki "Dzień dobry, palenie w miejscu niedozwolonym, mandacik 500 zł...".
Skończyło się, na 50 zł. Stałem bezczelnie koło słupa na którym był znak zakaz palenia (niestety od strony zewnętrznej dworca, więc wychodząc z budynku nie był widoczny ale spoko)...
Trochę pan ochroniarz się zdziwił, że nie stawiałem oporu, na co mu łaskawie wyjaśniłem, że jestem behapowcem i też daję mandaty jak złapię za rączkę, więc tu nie ma co dyskutować...
Tym sposobem zasiliłem Urząd Marszałkowski w Olsztynie kwotą 50 zł. Niech się cieszą urzędasy.

W pociągu IR znalazła się sierota większa ode mnie - laska wsiadła w zły pociąg. Skapła się dopiero po odjeździe... Ale uczciwie chciała kupić u konduktorki bilet do najbliższej stacji, konduktorka nie zdążyła go wystawić i puściła sierotkę.

Ja za to wyciągam bilet z plecaka, spoglądam przed siebie i widzę, że jakiś koleś się na mnie gapi. Ni brzydki, ni piękny... 
Dopiero po kilku sekundach zajarzyłem, że to moje odbicie...

Za to dzisiejszy dzień upłynął na łapaniu słońca. Niewiele go złapałem, bo krem z filtrem 50tka, ale to sama przyjemność być na zadupiu, gdzie psy dupami szczekają, z dala od ludzi i hałasu miejskiego...

A tu lismanore:


A tu taki sobie księżyc w pełni:


poniedziałek, 18 maja 2015

330

110 km przed Warszafffką, odpoczynek na stacji benzynowej.
Palę papierosa.
Podjeżdża jakiś czerwony złom, panowie, chyba rumuny albo innej chujstwo pyta o drogę do Poznania. Nie wiem, ja nie stąd.
- To daj stówę bo nam na paliwo brakuje.
- Nie mam - wysiada dwóch 'miśków'
- Dawaj bo na paliwo potrzebujemy - zdębiałem. Wyciągnąłem stówę w kieszeni. Koleś do mnie, że to za mało, mam stówę dołożyć.
- Nie bo nie mam więcej.
- No dawaj widziałem, że stówki tam masz - i wyciąga z samochodu chyba z 6 flakonów perfum i mi wciska - Masz i daj jeszcze stówkę, a perfumy dla kobitki weź. Tylko schowaj szybko bo to kradzione.
Ja oczy na kolesia, wciskam mu z powrotem i mówię - Nie mam, nie dam, proszę to zabrać ode mnie.
- No weź, masz jeszcze laptopa i dorzuć (coraz bardziej nachalni)
- Nie, zostawcie mnie, bo policję wzywam - sięgam po komórkę. Z sklepu ludzie zaczęli wychodzić, ja coraz głośniej, że wezwę policję. Wystraszyli się i odjechali.

Ja wiem, że nie jestem mile widziany w Warszafffce ale to było przegięcie.

niedziela, 17 maja 2015

329

Nie wiem dlaczego, ale zawsze przed wyjazdem do Warszafffki czuję jeszcze większe zniechęcenie do wszystkiego.
Ostatnio szefowa pytała, czy wyniósłbym się na stałe do stolicy gdyby taka była możliwość. Cóż mam zrobić, skoro biznes za bardzo nie idzie, jeśli tam będzie lepsza sytuacja finansowa to pewnie, że się przeniosę.
Gdzieś tam kiełkuje myśl, że znowu będzie trzeba dzielić mieszkanie z obcymi, aż żal dupę ściska, że szefowa zrezygnowała z kawalerki...

Wczoraj umówiłem się z jednym kolesiem u siebie w mieście. Oczywiście pełna dyskrecja, zadzwonił z prywatnego numeru czy mogę podejść pod totalizator sportowy, powiedział, że za 10 minut będzie. Czekałem 20 minut, w końcu spojrzałem na pocztę i minutę po swoim telefonie napisał "Sory znamy się, a nie chcę żeby ktoś z naszych znajomych się dowiedział. Z mojej strony masz pełną dyskrecję" WTF? Przecież ja w tej mieścinie nie mam żadnych znajomych (oprócz Wiedźmy Be z którą na jogę chodzę i okazjonalnie do kina) o kolegach nie wspominając... Nie powstrzymałem swojej złośliwości i odpisałem mu, że jego strata, niech sobie dalej żyje w swoim tchórzliwym świecie.

Bądź mądry, pisz wiersze. Człowiek zaczyna się zastanawiać nad sensem podejmowania prób poznania innych ludzi. Bez przesady, wg mnie ludzie są bardziej tolerancyjni niż kiedyś, a to, że dwóch facetów się spotka na kawie? Przecież to o niczym nie świadczy.

Już wiele razy zastanawiałem się, nad skasowaniem kont na portalach, ale z drugiej strony wizja siedzenia przed kompem i wiecznego grania w Diablo jakoś mi się nie uśmiecha... Chciałbym mieć w końcu z kimś wyskoczyć gdzieś na weekend albo chociażby na jakiś spacer.
Drażni mnie moje wieczne zrzędzenie, człowiek próbuje myśleć pozytywnie ale jednak 'mrok' jest jakiś silniejszy i ciągle mąci w tej głowie...

Oj, trzeba słoiki pakować... 

środa, 22 kwietnia 2015

326

Gdzieś mi uleciało, że bloga przecież mam, że wypadałoby COŚ czasami napisać.
W sumie, to nie ma specjalnie co. Zrzędzić nie będę. 
Bo na razie humor w miarę ok, zielono za oknem się robi, to i nastrój w miarę pozytywny.
Tylko wieczorami, gdy człowiek popadnie w zadumę, albo nagle 'obudzi się' po kolejnej godzinie grania w Diablo 3...

A teraz coś śmiesznego. Tzn. boskiego. Bo Boski przekroczył (który to już raz?) swoją Boskość zawodową.
W ubiegły poniedziałek pojechał do Warszaffffki*, około 11 wparował na firmę, poszedł zrobić przegląd wskutek czego jakieś 18 osób (cały dział) dostało nagany (za palenie papierosów pośród farb, lakierów, rozpuszczalników. I nie ważne, że nie wszyscy są palaczami /pewnie odwołania polecą/. Jakim debilem i bezmózgowcem trzeba być, żeby w takim miejscu palić papierosy??)
Przeglądy były codzienne.
W ten poniedziałek już kożelanka szefowa robiła przegląd, znalazła 1 niezgodność i poczuła się jak debil...kolega kierownik powiedział do niej, że trzeba koniecznie Boskiego sprowadzić, to zaraz będzie całe stado niezgodności... Nie wiem czy to miał być komplement czy złośliwość...

Odkryłem przez przypadek i zasłuchuję się:




*Boski pojechał samochodem - trzeba było naprawić włącznik świateł włączany na wykałaczkę i zacinające się wycieraczki**. W drodze powrotnej widziałem, jak ciężarówka przede mną straciła oponę (która ostatecznie wylądowała kilka metrów przed maską mojego samochodu, całe szczęście, że jechałem 50 km/h widząc, co się święci). To było nie tyle przerażające co FASCYNUJĄCE zjawisko.

**Bo Boski dorobił się 'nowego' samochodu. Oczywiście był z bublem (światła i wycieraczki). Mazdunia 4 miesiące spędziła na warsztacie, jak już dostali ostatnią część - poszła jakaś uszczelka, woda dostała się do środka i zaczęła się hodowla penicylinki. Teraz jeżdżę najbrzydszym samochodem świata - Sardynką (Opel Agila).

środa, 22 października 2014

324

Najpierw proszę przeczytać TUTAJ


Po 3ech latach Boski pojechał samochodem do Wawy.
Bardzo dobrze mi się jechało, pogoda piękna, słonce świeci, może wiater nieco za zimny, ale w samochodzie kto by się przejmował.

Za Częstochową na 'Gierkówce' było gorzej - dziura na dziurze, Boski jak zwykle czarnowidztwo uprawiał i martwił się o stan opon... ale nic to.

Jakieś 100km przed Warszawką zatrzymał się na stacji, wypalił 2 papierosy i ruszył dalej.
Ujechał jakieś 10km, akurat wiadukt był robiony jakaś maszyna wyła... Zaraz... ale maszyny już dawno nie ma a tu dalej coś wyje i samochód dziwnie zaczyna telepać...
Boski zjechał na pobocze, wysiadł i... zobaczył rozpierdzieloną oponę.

Nauczony przygodami w Opelku, jakiś czas temu zakupił solidny lewarek i pompkę, żeby mieć czym dopompować koła. Wiadomo, licho nie śpi, przezorny zawsze ubezpieczony.

Czas koło wymienić... No tak, myśli sobie, lewarek kupiłeś, pompkę kupiłeś ale kurwa o kluczu do odkręcenia śrub w kołach nie pomyślałeś...
Zadzwonił do kożelanki szefowej (w końcu obiecała, że jak samochód się rozkraczy to lawetą po niego przyjedzie), łaciną pojechał najpierw na samochód, potem na drogi a potem oczywiście na Warszafffkę, bo wiadomo jak coś się dzieje to wina Warszafffki.
"No to albo idziesz na stację z buta albo próbuj stopa złapać może ktoś się zatrzyma i Ci pomoże...".

Taaaa... 10km z buta... Boski postanowił spróbować złapać stopa. Machnął ręką na nadjeżdżającą srebrną pandę i.... panda zjechała na pobocze i sympatyczna pani Boskiemu pomogła. Pewnie Boska jakaś. Klucza użyczyła, cierpliwie poczekała.

- A wie pani co jest najśmieszniejsze? Że ja jadę wyjątkowo do Warszawy samochodem, żeby go do mechanika odstawić...
- A to na śląsku nie macie mechaników?
- Mamy, ale kożelanka szefowa zakochała się w mechaniku z Warszawy...
- ....

Bo Boskiego proszę państwa Warszafffka ewidentnie nie lubi. Przykład? Ostatnio jak wrócił z Wawy to z zapaleniem gardła (pewnie od jakiegoś warszafffskiego wsioka podłapał infekcję).
Że co? To o niczym nie świadczy? Jak teraz zajechał znowu gardło* zaczęło go nawalać...
Mało?

To jeszcze historyjka z cyklu "Dzień Świra":
Boski jak zwykle zebrał się wcześniej na pociąg, co by do domu wracać. Poszedł kupić dwie drożdżówki. Niestety przed nim Babulinka kupywała pieczywo... jakieś 10 minut jej zeszło, bo pan da 6 drożdżówek z serem, za chwilę to niech pan dwie wymieni na dżem, albo może nie lepiej z jabłkiem a jeszcze bułeczki bla bla bla.
Noż kurde, nie zdążę na tramwajkę - myśli sobie. Dobra, kupił drożdżówki, idzie po bilet do kiosku za 4,40 co by na dworzec zajechać. A tam dwóch chińczyków próbuje kupić kartę do telefonu... Oni po angielsku, pani w kiosku po polsku. W końcu jak wytłumaczyli, że chodzi im o kartę sim, pani daje im kilka sieci, a oni "A która sieć ma najtańsze połączenia do innych miast?"...
Na szczęście w portfelu Boski miał bilet za 7 zł, więc odżałował 3 zł i pojechał.
Po drodze widział stłuczkę jakaś osobówka vs tramwajka (zwyciężyła tramwajka chociaż nie bez szkód. Osobówka owinęła się wokół latarni). No to myśli sobie, że dziwy jeszcze go czekają.

Za Warszawą Zachodnią wsiada do przedziału pańcia (środek tygodnia, w chuj wolnych miejsc w pociągu) i zwraca się uprzejmie do Boskiego:
- Przepraszam, ale pan siedzi na moim miejscu....
- Wagon 13, miejsce 62?
- No zgadza się - i pokazuje bilet. Faktycznie, ta sama miejscówka. Ale usiadła obok, jeszcze się pośmiali. Przyszedł konduktor sprawdzić bilety, Boski pyta:
- Może nam pan wytłumaczyć jakim cudem mamy miejscówkę na to samo miejsce? - konduktor sprawdził bilety po czym mówi:
- Pani bilet jest w porządku, ale pani ma miejscówkę na pociąg o 17 a nie 14.12.

Jakie trzeba mieć szczęście aby z tylu miejsc, w nie obłożonym pociągu znalazła się sierota z tą samą miejscówką na inny pociąg???

Ale dzień się jeszcze nie skończył.
Boski zajechał do Gliwic, podjechał do wujka, bo zostawił sobie zapobiegawczo samochód, żeby autobusem się nie taszczyć (mamcia z chopkiem na wakacjach była więc nie było komu Boskiego odebrać). No i jedzie szczęśliwy do domu.
Na wiosce zatrzymał się na czerwonym. Patrzy, a w niedalekiej odległości ktoś na środek jezdni wychodzi. "A pewnie patrzy czy autobus do Gliwic jedzie". Przejeżdża obok przystanku, patrzy a na ulicy jakaś blond laska, w krótkich spodenkach i czarnych okularach przeciwsłonecznych (godzina 21.30) zaczyna kręcić rytmicznie dupą w rytm sobie tylko słyszanej piosenki...
W pierwszej chwili Boski pomyślał, że jest zmęczony i ma zwidy, ale jednak nie, to nie Matrix, to rzeczywistość...

Notka specjalnie dla Topsy, która zajrzała i przypomniała, że dawno nie pisałem ;)

*znajoma pielęgniara kiedyś mi powiedziała, że na ból gardła najlepsza witamina "ch" podana doustnie...

wtorek, 18 marca 2014

316

Z cyklu: (nie)Boskie Historie.

Przy mojej ostatniej wizycie w Warszafffce miałem za zadanie sporządzić odpowiedź do PIPu na nakaz. Dodam, że zawieźć musiałem osobiście, bo to ostatni dzień był, mało tego, nakaz nie został zrealizowany (powiedzmy, że był w trakcie, kierowniczka obiecała załatwić temat przez sobotę i załatwiła).
Ale nic to. Poszedłem do Głównodowodzącego i mówię, że potrzebuję jego podpis na odpowiedzi, żeby dzisiaj o 11ej zawieźć, bo termin upływa, jeszcze nie jest zrealizowany, ale mają to zrobić a odpowiedź i tak trzeba wysłać.

- Do jedenaśtej? To bardzio mało ciaśu mi dałeś... - była godzina 8 rano, myślę sobie co on pierdoli ma mi tylko dać głupi podpis - Ja wiem, zie mieliśmy duzio ciasiu na to. Psijć do mnie o 9 na halę, będę z Siefami chodzić to Ci dam.

Dorwałem go na hali, chodził z Szefami i mówi: - Bośki, ić do direktorki pienienźnej, ona ci podpisie.

Myślę sobie: co ma dyrektorka pieniężna do odpowiedzi skoro ona w biurze siedzi a nie na hali?
No ale dobra, idę, mówię o co kaman (wyszło przy okazji, że ten dział należy do niej oprócz pieniężnego), ona o niczym nie wie a poza tym nie ma upoważnień do podpisywania takich rzeczy...
Idę do zastępcy Głównodowodzącego, z nim może się dogadam, bo tamten to obcokrajowiec.
A ten do mnie z tekstem, że też nie ma upoważnień... W końcu z wielką łaską podpisała pani kierownik, która upoważnienia miała.
No super. Asterix i Obelix misja Kleopatra...

To teraz jazda do PIPu.
Trafiłem nawet bez problemów, taszczę się z walizą, wchodzę do windy, jacyś mili państwo w windzie. Klikamy, drzwi się zamykają, winda pojechała 5 centymetrów w górę i stoi...
Nie, nie da się drzwi otworzyć, naciskamy alarm, robimy raban.
Po 15 minutach pan z technicznego nas uwolnił.
Patrzy na mnie i mówi: A pan to z tą walizą? Pan sobie zostawi tu w rececji, pani sympatyczna przypilnuje, bo pan to do PIPu to na V-te piętro?
- Nie, na IIIcie do inspektora XY.
- Ale tu nie ma takiego...
- Jak to nie ma? Był u nas na kontroli w zeszłym roku.
- Aaaa, to może chodzi o pana ZY??
- A faktycznie, pomyliłem imiona...
- No to jego nie ma, bo on już nie żyje...
- ...


Jeśli chodzi o młodszego to temat zamknięty. Potwierdził, że niczym nie różni się od 99% ludzi na homoportalach. Spotkaliśmy się drugi raz, miło się rozmawiało, dalej dziennie smsy, aż ni z tego ni z owego przestał się odzywać.
Po tygodniu coś do niego napisałem, coś tam odpisał. Tydzień później znowu smsa napisałem, coś tam odpisał.
Za trzecim razem gdy chwyciłem za komórkę, żeby znowu coś do niego napisać stwierdziłem - pierdolę. Z gównażerią się nie zadaję.
Ale nie ukrywam, szkoda mi trochę. Może się wystraszył, że coś może z tego być?
Niestety preferuję facetów z jajami, on widocznie ich nie miał, skoro nie napisał, że nie chce kontynuować znajomości.

A poza tym mam być chrzestnym córki mego brata. Tylko nie wiem co ze spowiedzią zrobić, z wiadomych przyczyn. Świstka ani przykazu, że muszę iść i mieć na to papier nie mam... Więc dylemat moralny czy iść spowiadać się okrężnikami czy odpuścić... Tylko będzie potem pierdolenie, że chrzestny do komunii nie poszedł. Eh.... szczerze liczyłem, że kogoś innego brat weźmie no ale co zrobić...
Gangol kupiłem taki niebieski czy granatowy (pochwalę się - z 1200zł na 650 przeceniony, skarpetki gratis :P), buty też. Buty, mimo że eleganckie bardzo mi się podobają (wrócę do domu to zdjęcie wrzucę).
No i oczywiście na koncie pustki.
Ale czego to się nie robi dla bycia boskim ;)