poniedziałek, 23 maja 2016

358

Z okazji 35-tych urodzin postanowiłem zrobić mały eksperyment.
Usunąłem z fejsbuka datę swoich urodzin.

Na palcach (dosłownie) jednej ręki mogę wymienić, kto pamiętał i pofatygował się wysłać sms/zadzwonić. Żeby było śmieszniej, te osoby nie mają fejsbuka...
Nie licząc rodziny, która przyjechała na torta.

Sporo zostało (połowa tego co na zdjęciu), więc częstujcie się :)


niedziela, 15 maja 2016

357

Dziś mały drink. Takie celebration, bo przeżyłem w zasadzie swoją pierwszą 'przygodę'. Stwierdziłem, raz kozie śmierć, przecież jestem sam.


Taaaakie ciacho się trafiło... sympatyczny, przystojny, komunikatywny. Aż trochę żal, że to przygoda.

Ale była mi potrzebna. Czuję się taki.... wolny. 
I wreszcie przypomniało mi się, co to znaczy normalnie się całować, podobno nawet dobry w tym jestem (boski? ;)).

piątek, 22 kwietnia 2016

356

Spojrzałem na poprzednią notkę i moją uwagę przykuły słowa "Nie mam serca żeby to uciąć".

Skoro nie mam serca, to od minionego poniedziałku już oficjalnie exMOB.

Zmiany, zmiany, zmiany...

*tylko samopoczucie bez zmian.

niedziela, 10 kwietnia 2016

355

Zmiany, zmiany, zmiany...

Rozpocząłem życie na pół etatu w Stolycy.
Nawet pokój mam wynajęty z kumplem (żona z domu go wywaliła. Jak znalazł mieszkanie to jej się odwidziało i już by chciała wrócić...).
W sensie, że mieszkanie z kumplem, pokój mam osobny ;)

Gdzieś tam, podczas ferii weekend spędzony w górach.
Cisza, spokój... nic tylko wygrać parę milionów, kupić domek i mieć wszystko w nosie...



Święta sympatycznie, dziecię rośnie i ciągle tylko wujek, wujek, wujek...



Jedynie z MOBem ciągle tak samo, bez zmian, bez emocji... a ja nie mam jakoś serca aby to uciąć.
Chyba z miesiąc się nie widzieliśmy, zwykle ciągle coś mi w weekendy wyskakiwało, a tu święta, a tu brak samochodu (swoją drogą stoi na warsztacie i jestem ciekawy co z niego będzie)...
Tylko problem w tym, że mi nie zależy.
Przed rozstaniem żyliśmy jak przyjaciele, teraz po zejściu też żyjemy jak przyjaciele, chyba tak byłoby najlepiej.
Z drugiej strony jak to Wielebny mi napisał "Przynajmniej ktoś jest".

No właśnie. "Ktoś".

czwartek, 31 grudnia 2015

354

Czasami zapominam, że coś wypadałoby napisać. A czasami coś tam w głowie siedzi, ale weny do wywalenia brak...

Coroczne, przedwigilijne spotkanie z Wiedźmami udane. Jedną uświadomiłem, bo Wiedźma Be zaczęła wywalać smuty o swoim mężu (o czym ja się nasłuchałem ;)), Wiedźma A była "przeszczęśliwa", że tyle niusów w jeden wieczór, to i da dowaliłem niusa. Na co z rozbrajającą szczerością wypaliła: "A to ja o tym jeszcze nie wiedziałam??".

 Oczywiście prezentów nie mogło zabraknąć dla jego Boskości...



Święta, święta i po świętach.
Kiedyś pisałem, że urok znikł. Wigilia w tym roku dość krótka, brat z familią po 2 godzinach zwinęli się do teściów.
Ale radocha była, gdy Bibi prezenty rozdawała. Najbardziej interesowało ją rozrywanie opakowań :) Jakby przewidziawszy to, matka Boska zapakowała każdego pluszaka z osobna...




 A mi ktoś wyjątkowo w te święte pożałował zdrowia, w gardle drapać zaczęło przed świętami, po to by w pierwszy dzień świąt odebrać mi głos, zaprawić mega kaszlem...

I tak dochodzimy do Sylwestra...




Który spędzam w domu. Była opcja góry ze znajomymi, była opcja z MOBem u jego znajomych. Opcja góry nie uwzględniała pakietu MOB, bo nie wszyscy zaznajomieni z sytuacją, a MOB z kolei powiedział, że pójdzie do swoich znajomych. Więc tak czy siak, ten mega ważny dzień w roku, w którym wszyscy czekają do północy nie wiadomo na co (bo chyba nie na fajerwerki), spędzamy osobno.
I chyba sam sobie odpowiem na pytanie, pisząc, że wcale mi nie jest źle, że siedzę w domu, zamiast z MOBem u JEGO znajomych.
Trochę nad górami ubolewam, ale kumpela zapowiedziała, że w lutym, jeśli przy odrobinie szczęścia spadnie śnieg, to się ugadamy ekipą na dupoloty.


Na 2016 życzę sobie i innym nie wchodzenia dwa razy do tej samej rzeki, żeby nie był gorszy od roku poprzedniego i żeby był zdrowszy od roku poprzedniego.

czwartek, 26 listopada 2015

353

Dzisiaj praca w królestwie Królowej osłodzona odrobiną francusczyzny (?):


 W pracy... może powiem tylko tyle, że znowu mam etap "jebnąć tym". A bo Warszafffka i audyt (bo ktoś "inteligentny inaczej" ustawił audyt na czas gdy behapówki nie ma [i wielkie zdziwienie, gdy na miejscu powiedziałem, że ja na śląsku pracuję, bo nie kurwa, siedzę w domu i czekam tylko na telefon kożelanki szefowej 'przyjedź do Wawy']), który podobno całkiem nieźle wypadł (ale nerwów mnie to kosztowało), a bo to przesłuchanie na policji w sprawie ciężkiego wypadku z czasu wakacji ( "Wie pan - rzecze policjant - bo ten pracownik on sobie tym zgłoszeniem do prokuratury nic nie pomoże, jedyne co to pracodawca może na 3 lata do więzienia iść"), a bo to szefowa wróciła z urlopu i wypoczęta ma za dużo pomysłów na raz, a bo to jak zwykle ludzie/klienci mądrzą się albo i nie, a bo to ciągle jeździć trzeba, a bo to w domu nie mogę spokojnie pracować, bo bratanica domaga się uwagi (akurat to mnie cieszy, ale z drugiej strony robota w miejscu stoi...).

Tylko ja nie o tym w sumie. Brat zrobił mi nową szaf(k)ę do pokoju. Ze starych szuflad wyciągałem różne skarby i natknąłem się na to:





Moje dzienniki/pamiętniki. Bo jestem ten szczęściarz, co blogować zaczął jeszcze zanim powstało słowo 'blog' ;).
Zacząłem pisać jakoś pod koniec podstawówki, przez jakiś czas szkoły średniej, nawet jakieś zapiski ze studiów się znalazły, których na blogu nie umieściłem (zbyt osobiste). A w jednym zeszycie to są różnorakie opowiadania, głupie i naiwne, ale jedno zacząłem czytać i mnie wciągnęło, może je tu wrzucę za jakiś czas.
Otworzyłem też przypadkiem pamiętnik chyba z roku 15ego mego życia, gdzie pisałem, że chciałbym poznać pewną A. ale koleżanki z podstawówki nie było nawet w autobusie. 
Tak, bo była taka piękna, najpiękniejsza dziewczyna, którą bardzo chciałem poznać. Pamiętam, jak się kumplowi z technikum zwierzyłem, to się ze mnie śmiał, że przecież i tak nie zagadam... A któregoś razu, zapytałem ową koleżankę z podstawówki, czy mnie może poznać z koleżanką i jakiś czas później poznała w autobusie. Wyszło żenująco oczywiście (żenująco dla mnie, czułem się potem jak kretyn) ale kumplowi szczęka opadła, jak któregoś razu mówię jej "Cześć", czekając na przystanku na autobus.

I tak obok tego zdania, że 'chciałbym ją poznać' w następnym piszę "Chyba jestem pierdolnięty..." (bo ja od zawsze miałem do siebie dystans i wykazywałem samokrytycyzm - moja boskość wtedy raczkowała).

Puenta jest taka, że chyba faktycznie mnie coś pierdolnęło, skoro uganiałem się za dziewczyną ;)

sobota, 7 listopada 2015

352

To bardzo miłe gdy wszyscy dookoła pokładają we mnie więcej wiary niż ja sam.
Ciekawi mnie tylko, czy wiedzą, jaka to dla mnie presja i stres, no bo przecież co jeśli jednak nie podołam?

Faktem jest, że z nożem na gardle jestem wręcz cudotwórcą... ale...

W poprzedni piątek kożelanka szefowa poleciała do juesej. Na godzinę przed odlotem dowiedziała się, że w przyszły czwartek i piątek jest bardzo ważny audyt dla firmy, w większości dotyczący bhp (i wszyscy kurwa wielce zdziwieni, że jej nie będzie, bo jak to? na urlop wyjechała? Przecież ona zawsze na każde zawołanie była...).

I tak miniony tydzień spędziłem w Wawie. W poniedziałek w nocy spać nie mogłem, dreszcze, raz zimno, raz gorąco, zbierało mi się na wymioty i co 10 minut sikanie. Bolało jak diabli, nad ranem krew.
We wtorek w południe urwałem się z pracy do lekarza, zapalenie pęcherza (parę dni wcześniej jelitówka, prawdopodobnie bakterie przeskoczyły sobie na pęcherz). "Mam dziwne wrażenie, że l4 to pan nie chce..." - Bo ja tu pani doktor nie jestem zatrudniony tylko na śląsku, l4 tu mi nic nie pomoże - "Pan to ma tą pracę zupełnie pokręconą".

Na szczęście antybiotyk już po 6 godzinach zaczął pomagać. Ogarnąłem nieco dokumentów. Zrobiłem pogrom na produkcji (syf, kiła i mogiła, bo kożelanka szefowa tak zawalona robotą, że nie miała czasu w ubiegłym miesiącu robić przeglądy), w piątek przed moim powrotem nawet w miarę wyglądało.

Teraz przeraża mnie jedynie dokumentacja. Mamy całą szafę z segregatorami z dokumentami, w których niemal w ogóle się nie poruszam, jeszcze dochodzi ochrona środowiska, z którą też niewiele mam wspólnego.
A dyrektorka haeru zdziwiona, że pracuję i nie mogę w przyszłym tygodniu być cały tydzień. Uświadomiłem ją, że tak na prawdę mój pobyt w Wawie to tylko koszty. "No będziemy musieli wymyślić jakieś rozwiązanie, bo dwie hale dla kożelanki szefowej to jednak dużo".
Czasu na rozpoznanie dokumentów raczej już nie mam - w środę przyjazd wieczorem, w czwartek gdzieś na 6 do pracy, znowu halę przypilnować, uzupełnić parę dokumentów i od 9ej audyt.

Sobotę spędzam w łóżku. Myślałem, żeby do MOBa się wybrać, ale nie mam sił.

Nie myślę o niczym, a przynajmniej tak sobie wmawiam, że nic mnie nie obchodzi...

A tu pozdrowienia od kożelanki szefowej:



Ah i jeszcze przecież ręce mi spierzchły, zaczerwieniły, piekły po umyciu, teraz skóra popękana i powysychana mimo stosowania kremu nawilżającego do rąk.