czwartek, 26 listopada 2015

353

Dzisiaj praca w królestwie Królowej osłodzona odrobiną francusczyzny (?):


 W pracy... może powiem tylko tyle, że znowu mam etap "jebnąć tym". A bo Warszafffka i audyt (bo ktoś "inteligentny inaczej" ustawił audyt na czas gdy behapówki nie ma [i wielkie zdziwienie, gdy na miejscu powiedziałem, że ja na śląsku pracuję, bo nie kurwa, siedzę w domu i czekam tylko na telefon kożelanki szefowej 'przyjedź do Wawy']), który podobno całkiem nieźle wypadł (ale nerwów mnie to kosztowało), a bo to przesłuchanie na policji w sprawie ciężkiego wypadku z czasu wakacji ( "Wie pan - rzecze policjant - bo ten pracownik on sobie tym zgłoszeniem do prokuratury nic nie pomoże, jedyne co to pracodawca może na 3 lata do więzienia iść"), a bo to szefowa wróciła z urlopu i wypoczęta ma za dużo pomysłów na raz, a bo to jak zwykle ludzie/klienci mądrzą się albo i nie, a bo to ciągle jeździć trzeba, a bo to w domu nie mogę spokojnie pracować, bo bratanica domaga się uwagi (akurat to mnie cieszy, ale z drugiej strony robota w miejscu stoi...).

Tylko ja nie o tym w sumie. Brat zrobił mi nową szaf(k)ę do pokoju. Ze starych szuflad wyciągałem różne skarby i natknąłem się na to:





Moje dzienniki/pamiętniki. Bo jestem ten szczęściarz, co blogować zaczął jeszcze zanim powstało słowo 'blog' ;).
Zacząłem pisać jakoś pod koniec podstawówki, przez jakiś czas szkoły średniej, nawet jakieś zapiski ze studiów się znalazły, których na blogu nie umieściłem (zbyt osobiste). A w jednym zeszycie to są różnorakie opowiadania, głupie i naiwne, ale jedno zacząłem czytać i mnie wciągnęło, może je tu wrzucę za jakiś czas.
Otworzyłem też przypadkiem pamiętnik chyba z roku 15ego mego życia, gdzie pisałem, że chciałbym poznać pewną A. ale koleżanki z podstawówki nie było nawet w autobusie. 
Tak, bo była taka piękna, najpiękniejsza dziewczyna, którą bardzo chciałem poznać. Pamiętam, jak się kumplowi z technikum zwierzyłem, to się ze mnie śmiał, że przecież i tak nie zagadam... A któregoś razu, zapytałem ową koleżankę z podstawówki, czy mnie może poznać z koleżanką i jakiś czas później poznała w autobusie. Wyszło żenująco oczywiście (żenująco dla mnie, czułem się potem jak kretyn) ale kumplowi szczęka opadła, jak któregoś razu mówię jej "Cześć", czekając na przystanku na autobus.

I tak obok tego zdania, że 'chciałbym ją poznać' w następnym piszę "Chyba jestem pierdolnięty..." (bo ja od zawsze miałem do siebie dystans i wykazywałem samokrytycyzm - moja boskość wtedy raczkowała).

Puenta jest taka, że chyba faktycznie mnie coś pierdolnęło, skoro uganiałem się za dziewczyną ;)

sobota, 7 listopada 2015

352

To bardzo miłe gdy wszyscy dookoła pokładają we mnie więcej wiary niż ja sam.
Ciekawi mnie tylko, czy wiedzą, jaka to dla mnie presja i stres, no bo przecież co jeśli jednak nie podołam?

Faktem jest, że z nożem na gardle jestem wręcz cudotwórcą... ale...

W poprzedni piątek kożelanka szefowa poleciała do juesej. Na godzinę przed odlotem dowiedziała się, że w przyszły czwartek i piątek jest bardzo ważny audyt dla firmy, w większości dotyczący bhp (i wszyscy kurwa wielce zdziwieni, że jej nie będzie, bo jak to? na urlop wyjechała? Przecież ona zawsze na każde zawołanie była...).

I tak miniony tydzień spędziłem w Wawie. W poniedziałek w nocy spać nie mogłem, dreszcze, raz zimno, raz gorąco, zbierało mi się na wymioty i co 10 minut sikanie. Bolało jak diabli, nad ranem krew.
We wtorek w południe urwałem się z pracy do lekarza, zapalenie pęcherza (parę dni wcześniej jelitówka, prawdopodobnie bakterie przeskoczyły sobie na pęcherz). "Mam dziwne wrażenie, że l4 to pan nie chce..." - Bo ja tu pani doktor nie jestem zatrudniony tylko na śląsku, l4 tu mi nic nie pomoże - "Pan to ma tą pracę zupełnie pokręconą".

Na szczęście antybiotyk już po 6 godzinach zaczął pomagać. Ogarnąłem nieco dokumentów. Zrobiłem pogrom na produkcji (syf, kiła i mogiła, bo kożelanka szefowa tak zawalona robotą, że nie miała czasu w ubiegłym miesiącu robić przeglądy), w piątek przed moim powrotem nawet w miarę wyglądało.

Teraz przeraża mnie jedynie dokumentacja. Mamy całą szafę z segregatorami z dokumentami, w których niemal w ogóle się nie poruszam, jeszcze dochodzi ochrona środowiska, z którą też niewiele mam wspólnego.
A dyrektorka haeru zdziwiona, że pracuję i nie mogę w przyszłym tygodniu być cały tydzień. Uświadomiłem ją, że tak na prawdę mój pobyt w Wawie to tylko koszty. "No będziemy musieli wymyślić jakieś rozwiązanie, bo dwie hale dla kożelanki szefowej to jednak dużo".
Czasu na rozpoznanie dokumentów raczej już nie mam - w środę przyjazd wieczorem, w czwartek gdzieś na 6 do pracy, znowu halę przypilnować, uzupełnić parę dokumentów i od 9ej audyt.

Sobotę spędzam w łóżku. Myślałem, żeby do MOBa się wybrać, ale nie mam sił.

Nie myślę o niczym, a przynajmniej tak sobie wmawiam, że nic mnie nie obchodzi...

A tu pozdrowienia od kożelanki szefowej:



Ah i jeszcze przecież ręce mi spierzchły, zaczerwieniły, piekły po umyciu, teraz skóra popękana i powysychana mimo stosowania kremu nawilżającego do rąk.

poniedziałek, 26 października 2015

351

Co do klimatów po-wyborczych: podobnież, jak 10 lat temu, gdy PiS dorwało się do władzy, nikt z moich znajomych rzekomo na nich nie głosował.
I teraz też nie... (?)

Z drugiej strony, może dobrze, że mają pełnię władzy. Jeśli nie popadną w skrajności i skupią na rzeczywistych problemach to może coś dobrego uda im się zrobić.

Wielebnemu pisałem, że ma iść po podwyżkę do szefa, bo przyjąć będzie musiał imigranta pod swój dach, a nawet dwóch, bo trzeba wziąć i MOBa.
MOB z kolei wskazał Londyn albo jeszcze lepiej Toronto.

Walizki można zawsze spakować, bilet kupić. Osobiście nie czuję takiej potrzeby (o boska naiwności!), ale nigdy nie mów nigdy. Prawdaż?

czwartek, 15 października 2015

350

Pamiętam, jak lata temu, gdy pogoniłem Wielebnego, któregoś razu na blogu, po raz kolejny wyrzucając swoje żale napisałem zdanie "Twoje szczęście, moim szczęściem... gówno prawda jeśli nie biorę w nim udziału".

7 lat.
Tyle czasu upłynęło od podania kopniaka Wielebnemu.

Odkąd się odezwał te 3 tygodnie temu piszemy ze sobą codziennie. Czasami to jedno zdanie, czasami wymieniamy myśli, w pewnym sensie prowadzimy takie 'fotoblogi' (dzięki Wielebnemu 'zwiedziłem' francuski sejm, pokazał mi 'główne' atrakcje Paryża, które powinienem zwiedzić obowiązkowo jeśli kiedyś przyjadę; czasami wrzucamy sobie co jemy na śniadanie/obiad/kolację czasami wrzucamy zdjęcie czegokolwiek co akurat się nawinęło).

Gdy mi napisał, że jest z Tępym T. od tych 7 lat nieco dziwnie się poczułem. Ale dzisiaj mogę powiedzieć, że cieszę się jego szczęściem (pewne rzeczy są dla mnie nieco kontrowersyjne jak dzisiaj np wysłał mi zdjęcie chłopaczka, na którego Tępy T. ma ochotę).

Ale cieszę się, że jest szczęśliwy, że żyje, że korzysta z życia na wszelkie możliwe sposoby.

Widocznie szczęście było mu pisane z Tępym T. a nie z Boskim.
Widocznie Boski to dla niego za wysokie progi* ;)

Ale na obiad bym go/ich nie zaprosił. Zawsze jest szansa, że nie oprę się pokusie dosypania arszeniku do ich porcji...

*To taki żarcik, bo wiadomo, bez podobnego stwierdzenia Boski nie byłby Boskim ;)

piątek, 2 października 2015

349

Jako, że czytają mnie głównie panie, temu temat synowa-teściowa nie będzie żadną nowością.


Synowa, której poświęcę łaskawie nieco miejsca w moim sanktuarium i zmarnuję nieco czasu na wystukanie liter oraz zużyję klawiaturę specjalnie dla niej, zwana także żoną brata mego oraz moją bratową, nie przepada za Matką Boską.

Zastanawiałem się nad tym fenomenem nie raz: Matka Boska jest osobą pomocną, wesołą, silną (wychowała synów w liczbie dwóch po tym jak jej mąż a ojciec tych synów poszedł do innej kobiety z innymi dziećmi - bo czemu nie?). I co pewnie nie wszystkim się spodoba, mówi co myśli. Potrafi rzucić komentarzem trafnym, ale ci co ją znają wiedzą, że nie robi tego złośliwie. Z komentarzem można się zgodzić albo i nie.
No więc któregoś razu spytałem bratową, dlaczego nie przepada za Matką Boską. "Bo mnie wkurza".

Zauważyłem, że objawy niechęci nasiliły się od czasu przyjścia na świat mojej uroczej bratanicy-chrześnicy. Nie jestem ginekologiem (i nie szukam problemów tam, gdzie hetero-mężczyźni znajdują przyjemność) ani położną, ale podejrzewam, że w trakcie porodu wskutek podwyższonego ciśnienia, moja szanowna bratowa a żona brata mego mogła stracić którąś klepkę...

Przykładów mnożyć nie będę. W każdym razie Matka Boska zajmuje się wnusią w czasie, gdy bratowa jest w pracy (pracuje w naszej mieścinie, więc nie musi jeździć 20km do swojej mamy ani kombinować kasy na przedszkole). Dlatego że chce, bo sprawia jej to radość i również dlatego, że na wsparcie materialne starszego syna nie może sobie za bardzo pozwolić.
Synowa z teściową w zasadzie nie rozmawia. Rano przywozi dziecinę, mówi czy młoda zjadła, o której kończy pracę. Matka Boska już też się prawie nie odzywa, czasem zapyta o banały czy młodej czegoś ekstra nie trzeba.

Nie ukrywam, że wujek Boski gdy pracuje w domu to zajmuje się swoją bratanicą, bo bratanica tylko "wułek oć!" i w sumie to babcia specjalnie nie jest potrzebna, a jako że tylko ta mała dziecina potrafi do mnie podejść i mnie ni z tego ni z owego przytulić to narzekać nie mogę, nawet gdy na pracy skupić się nie mogę.

Ten tydzień miałem wyjazdowy, oprócz poniedziałku to małej nie widziałem.
Matka Boska powiedziała, że wczoraj i przed wczoraj to mała nawet do domu nie chciała jechać gdy bratowa po nią przyszła, tylko 'wułek nie ma! wułek nie ma!" i płacz. No i powiedziała, z uśmiechem, że młoda to by do wujka chciała a nie do domu...

I dzisiaj Matka Boska dostała smsa, że mała jest u drugiej babci.
Ostatnio, gdy bratowa się obraziła śmiertelnie, to brat mój wziął 2 dni urlopu, żeby z małą w domu zostać, bo bratowa uznała, że najlepiej teściową pokarać przez nie przywiezienie dziecka.

Więc śmiem podejrzewać, że teraz problemem jest, iż mała chce do wujka, więc lepiej oddać ją do drugiej babci, żeby tak za wułkiem nie płakała.

Szkoda tylko, że dziecko przez to wszystko cierpi najbardziej.

środa, 30 września 2015

piątek, 25 września 2015

347

Ponad dwa lata nie miałem od niego żadnej wieści. Jako że choruje, lekarz swego czasu dawał mu tylko rok czasu, powolutku zacząłem się przyzwyczajać do faktu, że po prostu już go nie ma.
O Wielebnym coś tam wspominałem. Moja pierwsza miłość. Moje pierwsze złamane serce - w skrócie: zostawił mnie dla ex swojego ex (to osobna historia, mogąca posłużyć za scenariusz telenoweli).

Parę razy śnił mi się, w takiej zwyczajnej sytuacji, zupełnie jakby przyszedł się pożegnać.

Aż tu wczoraj, ni z tego i owego dostaję bezczelnego smsa z obcego numeru "Żyjesz Ty jeszcze?". 

I piszemy*. Na What's appie. Dalej jest z Tępym T. (7 lat), wyemigrowali do Francji. Trochę mi się przykro zrobiło, ale to raczej z tego, że dotarło do mnie, iż ludzie dookoła mnie układają sobie życie tylko mi nie wychodzi (i nie mówcie, że mam wymagania obniżyć, to pedały muszą zmienić nastawienie ;/).

Nawet złośliwy nie jestem.
Bo po co?

Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr...

*Zaskoczył mnie, bo pamięta (i nie tylko to ;)), jak mu puszczałem kiedyś teledysk Ayumi Hamasaki i że się nią zachwycałem. Nawet jej imię poprawnie napisał. Fajnie mieć dobre wspomnienia.