niedziela, 20 listopada 2016

369

Notka przeznaczona dla czytelników dorosłych i o poglądach lekkich obyczajów.

Otóż. Boski jest sobie w Warszafffce (ja poproszę częściej 3 dni kroplówek, przynajmniej człowiek staje na nogi).
Swoim zwyczajem, gdzieś tam siedzi i jednym kątem oka obserwuje portale.
No bo przecież trzeba dać szansę.

Przed 22 leży w piżamce, dostaje wiadomość z zaproszeniem na małe tete-a-tete czy jakoś tak.
Na zdjęciu kolo wygląda całkiem ok, w sumie co mu szkodzi.

Jakąś godzinę później już u niego, okazuje się, że ma trochę zaniżone gabaryty w opisie. No dobra, nie wygląd się liczy.

Ale słowo daję, wyruchać grubaska na oczach jego kota to chyba najdziwniejsza rzecz jaka mnie do tej pory spotkała.

Potem jeszcze wysłuchałem przez godzinę historii o śmierci jego dwóch przyjaciół i na zakończenie uraczył mnie opowieścią o dokumencie na temat wykorzystywania 9 letnich chłopców w Pakistanie.
Aha. I kiedyś był pastorem. Ale zrezygnował ze względu na swoją orientację.
Przynajmniej nie jest homohipokrytą.

Chyba na twarzy mam wypisane "Telefon zaufania" albo coś w ten deseń, bo tylko ludzi z problemami poznaję...

środa, 26 października 2016

368

Leżę w szpitalnym łóżku. Obok mnie koleś max 30 letni z ostrym zapaleniem trzustki, obok niego starszy jegomość chyba po operacji, bo tylko leży, wstawać nie może.
I jest to smutne i przerażające, taka bezradność. Ale gorsza wydaje mi się samotność, zdanie na łaskę (i niełaskę) obcych ludzi.

Ot taka smutna wizja przyszłości...

czwartek, 22 września 2016

367

W ubiegłą sobotę odbyło się spotkanie - 10 lat po obronie magisterki.
Miało mnie nie być ze względu na pobyt w Wawie w tym czasie, ale zobaczyłem, że bilety po 50 zł, więc co mi tam.
Z fejsbuka wychodziło, że będzie koło 10 osób. Zebrało się koło 20tu. Większość z naszej specjalizacji (w sumie to stała ekipa, która miała w zwyczaju razem chlać ;)), ale też z innych przyszli.

Miło, sympatycznie. Żonaci, mężaci, dzieciaci, rozwiedzeni... tylko ja taka singlowata sierotka...

Starosta wyciągnął nas na diskotekę o północy. Niestety był tak słaby, że po pół godzinie do domu musiał się udać, bo ledwo na nogach się trzymał ;)

Przyjaciele nocowali u mnie, szczęśliwi, że oboje mogli się napić. Łaskawie zadeklarowałem, że będę kierowcą ;)
Strasznie było słuchać kumpla, który w samochodzie już przez pół drogi pitolił, że ich do domu odwiozę i do Wawy od nich pojadę...
I drzwiczki z prysznica mi rozwalił. Próbował je naprawić, jednak upojenie alkoholowe spowodowało, że tylko się zaczął chichrać przez jakieś 5 minut. A potem zaczął mnie przepraszać, że 10 lat temu, gdy mu powiedziałem, że mam faceta, to zaniemówił na całe 10 minut, bo jak w górach w lutym naszą koleżankę i jej męża uświadomiłem, to jej mąż na moje hasło 'mam chłopaka'* odpowiedział 'no i ok' i jemu tak głupio, że zareagował tak a nie inaczej...

Oj pośmiałem się w ten weekend. Częściej by się przydało, bo jesień idzie a chandra czai się na każdym kroku...



*wtedy jeszcze z MOB-em 'byłem'

poniedziałek, 12 września 2016

366

Gdzieś tam, przez przypadek natknąłem się na ogłoszenie, iż w Wawie będzie/był bieg, upamiętniający Rotmistrza Pileckiego.

Akurat jestem w trakcie czytania książki "Rotmistrz Pilecki. Ochotnik do Auschwitz". Ciężka lektura. Pomijając ilość przypisów (co w Kindlu jest denerwujące, bo nie da się przeskoczyć do nich, jedynie do następnego rozdziału, więc czytam je na końcu - czasami ciekawe fakty są dorzucane), sam opis organizacji wojska, pułków, batalionów, tego jak się ludzie niepoddawali i walczyli o niepodległość... No i najważniejsze - samo 'zgłoszenie' się przez Pileckiego do obozu (dał się złapać w łapance) i warunki opisywane, w jakich żyli więźniowie, jak sobie radzili.

Dwie rzeczy mnie zszokowały - na pierwszych stronach podawane są przy nazwiskach numery obozowe - 100, 159, 200, 400. Kilka stron dalej kolejni więźniowie mają już numery 1000, 2000 itd. Potem pojawiają się 10tysięcy i liczby ciągle wzrastają.
Druga rzecz, szokująca z punktu widzenia chyba nas - ludzi współczesnych, to to, jak więźniowie przekazywali wiadomości poza obóz, trafiające do dowództwa o tym, aby uświadamiali świat do jakich potworności dochodzi w nazistowskich obozach.
Dzisiaj to nie do pomyślenia, aby o takich rzeczach ludzie nie wiedzieli - w dobie mediów, dostępności radia, prasy, telewizji i oczywiście internetu...

Tym bardziej dziwi, iż ludzie nie wyciągają wniosków z przeszłości i dalej potrafią się tłuc czy to na tle politycznym, religijnym. Przykre, że ci 'na górze' mają ambicje władzy i nie obchodzi ich, że giną ci 'malutcy'...

Ale taka chyba natura człowieka...

czwartek, 8 września 2016

365

Tak się zbierałem do pisania i zbierałem... Co nieco ciekawych rzeczy się przytrafiło.

Jakiś czas temu spotkałem się z kumpelą. 16 lat się nie widzieliśmy. Więc było co nadrobić. Twarzowo nic się nie zmieniła za to ciałka przybyło ;) I ma zdecydowanie więcej poczucia humoru i uśmiechu.

Następna sentymentalna podróż - spotkanie z Wielebnym. 8 lat. Pogadaliśmy w zasadzie o tym, co się dzieje, zjedliśmy dobry obiad i rozeszliśmy...
Ani nie zakochałem się na nowo (niedoczekanie!), ani nie obudziły się we mnie jakieś żale (zapomniałem zabrać arszenik...).
Wyraźnie dałem mu do zrozumienia, że na moją dupę nie ma co liczyć (ale może mi swoją oddać =]). Teraz wnioskuję, że mu się znudziłem w takim razie, bo nawet na Whats'ap się nie odzywa. No cóż, typowy homik. Po spotkaniu koniec odzywek... Widocznie zabawniejsze jest wyrywanie przypadkowych kolesi.

A propo homików. To z jednym wybrałem się do kina w Warszafffce. Sausage Party. Humor klozetowy ale mi się podobał. Kolega sympatyczny, ale totalnie nic wspólnego nie mamy (książek nie czyta, do kina nie chodzi - podobno nie ma z kim, powiedziałem, że kiedyś znowu go wyciągnę, w żadne gry nie gra - bo nie ma komputera /ło jezusicku!/. Za to chodzi na siłownię - co widać :D - i na klabingi żeby się odstresować. No tak...).

Największa chyba niespodzianka. Wybrałem się na Pola Mokotowskie - ot połapać pokemony i przy okazji pozwiedzać. Kumpel się odezwał. 17 lat gdy ostatni raz się widzieliśmy. Szybkie umówienie na kawę, totalnie spontanicznie. W sumie nagadać się nie mogliśmy. Też zupełnie inny człowiek, niż go zapamiętałem. Bardziej wyluzowany i nie tak jak kiedyś buc, bo do Warszafffki się przeprowadził.

No i jeszcze spotkanie z kuzynką. Jakoś zawsze brakowało czasu. Akurat z urlopu wróciła, rodzinka została jeszcze nad morzem, więc mogliśmy spędzić czas przy piwie, pizzy, drinkach, wygłupach i gadaniu. Strasznie mi tego brakuje, zanim rodzinę założyła mieliśmy zdecydowanie częstszy kontakt... to się chyba dorosłość nazywa.

Urlop spędzony w domu. W planach był wyjazd do kuzynki na mazury, ale przy okazji rozmowy jakoś nie potrafiła się określić czy mogę przyjechać czy nie, więc na siłę nie będę się wciskać...
Miałem ambicję, aby nauczyć się jazdy na rolkach. Jednak po obejrzeniu filmików dla początkujących na youtube stwierdziłem, że pewnie się wypierdolę i zabiję - zrezygnowałem.
Za to rower kupiłem. Bez szaleństw, ale czasami na przejażdżkę się wybiorę. Oczywiście zaliczyłem glebę do rowu, ale przeżyłem nawet bez zadrapania. W końcu behape ponad wszystko ;)

niedziela, 17 lipca 2016

364

Wybrałem się dziś do kina na kino ambitne.




Przy ostatniej scenie myślałem, że się popłaczę.
8-letnia dziewczynka, Zin-Mi, opowiada, nie, recytuje wręcz, jaka to jest dumna, iż przystąpiła do Koreańskiej Unii Dzieci. Po chwili z jej dziecięcych oczek płyną łzy. Zza kadru dobiega rosyjski głos, mówiący do obecnej tłumaczki (?), aby spróbowała ją uspokoić. Tłumaczka mówi:
- Nie płacz. Pomyśl o czymś miłym. Przypomnij sobie, co sprawiło Ci radość lub przyjemność? - dziewczynka patrzy na kobietę, jakby nie rozumiała co ta do niej mówi, po czym odpowiada:
- Nie wiem.
Rosjanin mówi, aby powiedziała jakiś wierszyk. Tłumaczka tłumaczy na koreański, po chwili dziewczynka zaczyna recytować wiersz (?) o wspaniałym Wielkim Wodzu i o jej dumie z przynależności do Koreańskiej Unii Dzieci...

P.s. Jakby ktoś chciał mnie na instagramie (konto prywatne): luc4r1us

niedziela, 3 lipca 2016

363

Druga nocka w nowym mieszkaniu nawet przespana.
Generalnie odczucie mam takie, że każdy jest tu sam sobie. Siedzi w pokoju, wychodzi jedynie zrobić coś do jedzenia, ewentualnie do kibla/łazienki.

Wieczorem wrócił współlokator z naprzeciwka. Sympatyczny i komunikatywny. Nawet potwierdził moje odczucia, co jemu samemu nie koniecznie pasuje. Odpowiedziałem, że moje drzwi są zawsze otwarte ;) chyba, że przeciąg je zatrzaśnie
Jego dziewczyna jest z Katowic, więc dodatkowa nić porozumienia.

Poza tym wychodzi na to, że mieszkam w akademiku. Sami studenci, biegający albo na uczelnię albo do pracy póki nie zaczną na mnie ojciec wołać, póty jest ok.

Okolica jest kapitalna. Spacerkowe 5 minut do parku, który tak mi się podoba, że wczoraj byłem 2 razy. Po południu - z kindlem w plecaku i wieczorem - z telefonem. Miałem potrzebę pogadania z kimś...



Dzisiaj wybrałem się na prawie 1,5 godzinny spacer. Park jest bardzo duży. Nie wiem dlaczego, ale dobrze się tam czuję.
Tylko momentami, spacerując alejkami, spoglądając na okolicę, jakoś mi się tak smutno na duszy robiło...